Historia


W sąsiedztwie Bramy Mikołajskiej znajdowała się pierwsza, średniowieczna strzelnica Bractwa Kurkowego


Historia krakowskiego Bractwa Kurkowego

Początki Krakowa giną w mrokach dziejów, ale za metrykę miasta w sensie formalno-prawnym uznaje się akt jego lokacji, wystawiony 5 czerwca 1257 roku przez księcia Bolesława Wstydliwego (1226-1279) wraz z matką Grzymisławą (zm. 1258) i małżonką Kingą (1234-1292) na wiecu w Koperni koło Szydłowca. Trzydzieści lat później zgody na obwarowania miasta udzielił krakowianom następca Bolesława Wstydliwego na tronie krakowskim, książę Leszek Czarny (pom. 1240 a 1242-1288).

Dziś jedynie niewielki fragment murów z Bramą Floriańską, trzema basztami (Ciesielską, Stolarską i Pasamoników) oraz Barbakanem stanowi ocalały relikt średniowiecznych obwarowań, których przebieg utrwalają wyrosłe na ich miejscu w latach 20. XIX wieku Planty, pasem zieleni zamykające od zewnątrz, jak niegdyś fortyfikacje, obszar średniowiecznego Krakowa. Z chwilą powstania murów obronnych obowiązek dbałości o ich utrzymanie i obronę spoczął na samych mieszczanach. Aby jednak zapewnić odpowiedni poziom wojskowego przygotowania mieszczan, należało organizować ich szkolenie i dbać o utrzymywanie stałej gotowości bojowej obrońców Krakowa, którzy na co dzień niewiele mieli wspólnego ze sztuką wojenną, zajęci handlem lub rzemiosłem. Temu celowi służyć miała ponadcechowa organizacja paramilitarna, podległa władzom miasta, przynależność do której była dla członków cechów obligatoryjna. Organizacją tą było Bractwo Kurkowe, zwane też Towarzystwem Strzeleckim, Konfraternią Strzelców, Szkołą Strzelecką lub Rycerską.

Chwili powstania Krakowskiego Bractwa Kurkowego nie utrwalił żaden znany nam dokument, stąd możemy się tylko domyślać, że początek funkcjonowania tej organizacji przypada na okres, gdy miasto mogło się już poszczycić przynajmniej zaczątkiem fortyfikacji, tj. zapewne najwcześniej na koniec XIII lub na początek XIV stulecia. Wieki funkcjonowania Bractwa Kurkowego w Krakowie pozwoliły na wykształcenie się specyficznych zwyczajów i ceremoniałów, towarzyszących brackim imprezom. Początek nowego sezonu strzeleckiego otwierała uroczysta msza święta, na którą członkowie konfraterni udawali się wspólnie w pochodzie. Po jej zakończeniu rozpoczynano na celestacie strzeleckie zawody, do udziału w których zachęcały czekające na zwycięzców liczne nagrody, tak pieniężne jak rzeczowe.

Kilka stuleci istnienia w Krakowie bractwa kurkowego dowiodło zasadności powołania do życia tej organizacji. Zdobywający w bractwie strzeleckie umiejętności krakowscy mieszczanie potrafili nie jeden raz z powodzeniem obronić miasto przed nieprzyjacielem. Może najbardziej spektakularnym tego przykładem był pasamonik Marcin Oracewicz (zm. po 1789), który według legendy podczas Konfederacji Barskiej w 1768 roku, gdy zabrakło mu kul załadował rusznicę guzem od żupana i wystrzelił - i to tak celnie, że od jego strzału poległ dowódca oblegających Kraków wojsk rosyjskich.

W historii działania bractwa następowały przerwy, bynajmniej nie z winy braci. Tak było po utracie niepodległości przez Rzeczypospolitą w czasie rozbiorów, tak było również w ostatnim okresie Polski Rzeczpospolitej Ludowej. Po niebywałym rozkwicie w czasie międzywojnia, po hetakombie wojennej, kiedy wśród ofiar nazizmu znaleźli się także bracia kurkowi z Krakowa. Tuż po wojnie wznowiono działalność, niestety na krótko. Władze upatrywały w bractwie zbliżonego do Kościoła wrogiego socjalizmowi elementu i mimo protestów  w 1951 roku Bractwo rozwiązały.

Przez 8 lat bracia zabiegali o reaktywację swojej organizacji. Wreszcie osiągnęli cel: 10 czerwca 1957 r. Towarzystwo Strzeleckie zostało wpisane do rejestru stowarzyszeń Wydziału Spraw Społeczno-Administracyjnych Prezydium Rady Narodowej Miasta Krakowa. Od tego czasu Bractwo aktywnie działa, rozwija się i wpisuje coraz nowe, znaczące osiągnięcia w historię miasta i kraju. Dziś do Bractwa w Krakowie należy blisko 200 osób, a wśród jego braci honorowych znajdują się m.in. prezydent USA George W. Bush, prezydenci Lech Wałęsa, Ryszard Kaczorowski i Aleksander Kwaśniewski, arcybiskup Stanisław Dziwisz i ks. prałat Zdzisław Peszkowski. Członkiem honorowym, odznaczonym Krzyżem Wielkim Bractwa Krakowskiego z nr 1 był także Ojciec Święty Jan Paweł II.


Dzieje Srebrnego Kura

Najwspanialszym klejnotem krakowskiego Bractwa Kurkowego, stanowiącym jego symbol jest srebrny kur z kamieniami szlachetnymi. Jest to podarunek od Rady Miasta otrzymany w 1565 r. Legenda wiąże przekazanie tego klejnotu braciom przez króla Zygmunta Augusta.

Krakowskie Bractwo posiadało zapewne już wcześniej godło honorowe, o którym wspominają zapiski w księgach Rady Miejskiej z 1541 r. Ten nowy klejnot z pewnością przewyższał wszystkie poprzednie wagą oraz jakością wykonania. Krakowski kur jest obecnie największym i najokazalszym godłem tego typu na świecie. Ma zdecydowaną postać orła heraldycznego, symbolu królestwa. Formę tę podkreśla umieszczona na głowie orła korona zwieńczona krzyżykiem.
Krakowski kur, a właścicie orzeł uskrzydlony ma 42 cm wysokości i 12,5 cm szerokości. Jest to dumnie kroczący ptak z uniesionymi skrzydłami i wysoko podniesioną głową zakończoną potężnym, złocistym dziobem skierowanym do przodu. Na podstawie umieszczony jest napis poświadczający, że godło zostało wykonane w 1565 r. Obok wyryto nazwiska ośmiu krakowskich rajców i patrycjuszy: Christow Zurich, Erasmus Curus, Simon Stolarsz, Ian Krotzeck, Endris Fogelweder, Hentzel Grosch, Ian Łang, Fridrich Leytzner, którzy byli starszyzną Bractwa.

Kur był kilkakrotnie naprawiany i odnawiany. Ostatnie poważne zabiegi konserwatorskie na zlecenie Muzeum Historycznehgo Miasta Krakowa wykonał w 1964 r. artysta rzeźniarz i cyzler Wiesław Łabędzki. On też w latach 1964-1965 zrobił wierną kopię kura, używaną obecnie w czasie uroczystości.

Władze marszałków symbolizują ozdobne laski. Jedną drewnianą z brązowymi, złoconymi okuciami wykonał w 1738 r. złotnik krakowski Leopold Lenkard, drugą w 1854 r. srebrną o formie zwężającego się ku dołowi walca najprawdopodobniej Karol Modes, złotnik i król kurkowy. Marszałkowie posiadają również dwa jednakowe, srebrne łańcuchy składające się z 29 ogniw w tym 21 posiada formę splotów roślinnych, a 8 kształt rombów z wkomponowanymi w nie kurkami. Łańcuchy te zrobione zostały w początkach dwudziestego stulecia.

Również starszy bractwa ma srebrny łańcuch złożony z 21 ogniw. W połowie długości jest on spięty herbem Krakowa otoczonym wieńcem liściastym, do którego przytwierdzony jest mały kurek. Starszy bractwa ma też berło wzorowane na tym wykonanym w 1893 roku. Wieńczyła je ażurowa korona z małym krzyżykiem. Na srebrnym trzonie berła znajdują się wyryte nazwiska prezesów i wiceprezesów Bractwa od roku 1888 do 1949. Jak łatwo się domyślić ten zabytek znalazł miejsce w muzeum, natomiast starszy posługuje się nowym berłem ufundowanym przez króla kurkowego Aleksandra Nowaka i marszałków Leszka Gołdę oraz Witolda Barana w roku 1994. Na trzonie znajdują się jedno tylko nazwisko Zdzisława Maja. Podobne berło nosi również ceremoniarz bractwa. Na trzonie znajdują się również nazwiska braci pełniących tę funkcję: Feliksa Adamskiego, Leszka Wyżgi i Zdzisława Grzelki.


Członkowie i Bracia Honorowi

Krakowskie Bractwo Kurkowe liczy dziś około 200 członków. Należeć do niego mogą mieszkańcy Krakowa, w wyjątkowych sytuacjach Rada Starszych zgadza się na osoby mieszkające poza miastem. Do Bractwa mogą należeć wyłącznie mężczyźni. Pracami organizacji kieruje 12-osobowa Rada Starszych.

Tytułami braci honorowych szczyci się ponad 20 osób. Wśród nich są prezydenci Aleksander Kwaśniewski, Ryszard Kaczorowski, Lech Wałęsa i Georg W. Bush, a także minister obrony narodowej Bogdan Klich. Spośród duchownych należy wymienić abp Stanisława Dziwisza, śp. ks. prałata Zdzisława Peszkowskiego i ks. inf. Jerzego Bryłę. Z generalicji: Mieczysława Bieńka, dowódcę 2. Korpusu Zmechanizowanego, Zenona Bryka i Bronisława Kwiatkowskiego. Profesurę reprezentują: Antoni Dziatkowiak, Aleksander Krawczuk, Franciszek Ziejka, biznes: Aleksander Gudzowaty i Andrzej Duda.


Bez kompleksów. Rozmowa z gen. broni BRONISŁAWEM KWIATKOWSKIM

- O krakowskiej generalicji, którą Pan reprezentuje, można powiedzieć, że została w dużym stopniu ukształtowana przez Bractwo Kurkowe. Wielu z Panów uczestniczyło przez długie lata w życiu brackim, nie będąc jeszcze nawet starszymi oficerami.
Bardzo cenię sobie współpracę z krakowskim Bractwem Kurkowym, której początki sięgają mojej służby w 6.Pomorskiej Dywizji Powietrzno–Desantowej. Niewiele jest organizacji, które mogą poszczycić się tak wspaniałymi tradycjami i 750–letnią historią. Jubileusz, do którego przygotowują się dziś bracia kurkowi wraz z samorządem Krakowa to wielkie wydarzenie. Bractwo ma ogromne znaczenie edukacyjne również dla wojska, pokazuje ciągłość tradycji, polskiego stroju i historii oręża. Żartuje sobie czasem, że ma ono również i dziś pewien potencjał obronny. Wszak to w skali kraju wiele tysięcy szabel i luf.
 
– Jakie wydarzenie, spośród związanych z działalnością krakowskiego Bractwa Kurkowego, zrobiło na Panu największe wrażenie?
 – Myślę, że zjazd europejskich towarzystw strzeleckich, który odbył się w Krakowie w roku 1998. Była to przepiękna impreza, z udziałem przedstawicieli najstarszych organizacji z całej Europy, która miała piękny finał na Rynku Głównym i na Błoniach. Mam nadzieję, że podobny charakter będą miały obchody jubileuszu 750–lecia Bractwa Kurkowego.
 
– Jest Pan jednym z tych polskich dowódców, którym przypadło w udziale dowodzenie siłami stabilizacyjnymi w Iraku. Czy myślał Pan w przeszłości, że kiedykolwiek zetknie się z rzeczywistym polem walki?
 – Myślę, że każdy żołnierz przygotowuje się do walki. Większość z nas ma świadomość, że może być użytym do działań bojowych. Kiedy zapytano mnie, czy chcę jechać do Iraku, odparłem, że nie po to mnie ojczyzna szkoliła, abym siedział w domu. Jako młody człowiek z pewnością nie mogłem przewidzieć, że będę służył w jednej formacji z Amerykanami i Anglikami…
 
Można odnieść wrażenie, że w młodości myślał Pan o jakimś bardzo spokojnym zajęciu. Z biografii wynika, że chciał Pan zostać leśnikiem.. 
-  Nauka w Technikum Leśnym w Krasiczynie nie była sielanką, cechował ja prawdziwie wojskowy dryl. Chodziliśmy w mundurkach, w szkole – dodam – byli niemal sami chłopcy. Mieliśmy w niej tylko dwie dziewczyny. Rano pobudka, zaprawa poranna, apel i wieczorem również apel. Obowiązywały nas przepustki, gdy chciało się wyjść poza obręb pięknego parku – na terenie którego znajdował się pałac z technikum. Na każde wyjście potrzebne były podpisy wychowawcy klasy i kierownika internatu, co właściwie oznacza, że w szkole było gorzej niż w wojsku, gdyż tam dostaje się przepustkę tylko od jednego przełożonego. Tymczasem człowiek zwykle był „podpadnięty” u wychowawcy lub u kierownika internatu, i w związku z tym uzyskanie przepustki było zawsze bardzo problematyczne. Dyscyplina w szkole była bardzo wysoka. Obowiązywała w niej nauka własna, wszystkie zajęcia były obowiązkowe. Dla mnie, poza jakimiś niewielkimi różnicami w regulaminie, dryl w szkole był większy nawet niż w wojsku.
 
– Teraz jest mi nieco łatwiej zrozumieć wojskowe powołanie w Pana przypadku.
 – Wojsko wybrałem dlatego, że chciałem się uczyć dalej, a możliwości finansowe moich rodziców były niewielkie. Tymczasem wojsko dawało młodemu człowiekowi wszystko to, co niezbędne do dalszego kształcenia.
 
– Jaką wybrał Pan specjalność?
 – Poszedłem do Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu…
 
-  …czyli do popularnego „Zmechu”, z którego rekrutuje się większość kadry dowódczej w Wojsku Polskim.
 – Tak, jest to szkoła dowódcza, która otwiera przed absolwentami możliwość służby na każdym stanowisku. Uważam, że tworzy ona od lat bardzo dobre podwaliny pod dalszą działalność zawodową.
 
W Pana biografii istotną cezurę stanowi rok 1990. Trafił Pan wówczas do Akademii Dowodzenia Bundeswehry, co dało asumpt do dalszej kariery w Wojsku Polskim.
-  Należałem do pierwszej generacji oficerów, którzy byli kierowani na Zachód. Był to taki pierwszy nasz marsz w tym kierunku po naukę i doświadczenie, co miało bezpośredni związek z rokiem 1989 i przemianami, jakie w Polsce nastąpiły. Było to krótko po rozpadzie Układu Warszawskiego i każdy przybysz ze Wschodu był traktowany przez oficerów NATO z pewną rezerwą. Byliśmy bacznie obserwowani, przede wszystkim uważnie oceniano nasze wojskowe umiejętności.
 
– Oficerowie z Zachodu dystansowowali się od Was?
 – Na zewnątrz okazywali sympatię, jednak trudno powiedzieć, co naprawdę wówczas myśleli. Na pewno występował po obu stronach pewien rodzaj podejrzliwości. Nas uczono przez długie lata, że NATO to wróg, ich – że zagrożeniem dla wolności i demokracji jest Układ Warszawski.
 
– Wyniósł Pan z tego okresu jakieś trwałe przyjaźnie?
 – Do tej pory utrzymuję bliskie kontakty z oficerami, z którymi się zetknąłem w akademii. Spotykam się z nimi na dorocznych zjazdach absolwentów, obserwujemy kariery moich przyjaciół. Raz w roku każdy z nas przesyła do jednego z kolegów aktualną informację o tym, gdzie jest, co robi i jakie zajmuje stanowisko. Ten zaś rozsyła je wśród pozostałych.
 
– Czy było to środowisko, które diametralnie odróżniało się od tego, z którym na co dzień miał Pan do czynienia w Polsce?
 – Oczywiście. W akademii przebywali ze mną oficerowie z 32 krajów, praktycznie przyjechali do Niemiec z całego świata, nie tylko z krajów należących do NATO. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Zasadnicza różnica to ta, że szkolenie w PRL polegało na tym, że godzinami siedziało się w szkole albo w polu. Cały czas było tylko „wojsko i… wojsko”. Tam natomiast, wiele czasu spędzaliśmy wśród lokalnej społeczności, w podróżach, wizytach w instytucjach samorządowych i rozmaitych firmach. Dziś znam Niemcy niemal tak dobrze jak Polskę. W szkoleniu tym chodziło o ukształtowanie żołnierza, który ma własny pogląd na politykę, życie społeczne i gospodarcze.
 
– Prawdopodobnie to znajomość języka niemieckiego sprawiła, że trafił Pan do Akademii Bundeswehry?
 – Tak, język był jednym z powodów, że zostałem tam skierowany, drugim – zajmowane wówczas stanowisko szefa sztabu 6. Brygady Desantowo–Szturmowej.
 
-  Syria była pierwszym regionem, w którym potencjalnie mógł Pan zetknąć się bezpośrednio z akcjami militarnymi. Nie miał Pan żadnych obaw wyjeżdżając do tego kraju?
 – Wyjazd do Syrii był misją pod egidą ONZ i miał charakter pokojowy. Z pewnością nie należał do najtrudniejszych. Przebywaliśmy w strefie rozdzielenia, gdzie panowała cisza i spokój. Wyjazd ten miał dla mnie duże znaczenie, gdyż dał mi pierwszy kontakt z innymi armiami oraz językiem angielskim, co okazało się bardzo inspirujące. Udział w misji był moją inicjatywą, chciałem nabrać nowych doświadczeń.
– Irak, w którym przebywał Pan trzykrotnie, jest nieporównanie bardziej niebezpieczny….
 -  Dla wojskowego jest to jedno z najtrudniejszych miejsc na świecie. Na początku bardzo trudna była Bośnia, później Kosowo. Irak wydaje mi się obecnie trudniejszy nawet niż Afganistan.
 
– Zdarzyło się już Panu być bezpośrednio w centrum walk?
 – Nigdy nie byliśmy misją bojową i nigdy też nie szliśmy na pole walki. Prowadziliśmy w wymienionych przeze mnie krajach misję szkoleniową, albo stabilizacyjną. Trudno mówić o bezpieczeństwie, gdy człowiek znajduje się cały czas w konfrontacji z działalnością terrorystyczną. Podczas ostatniej misji w Iraku kierowałem przedsięwzięciami mającymi na celu przeciwdziałanie wszelkim aktom terroru. Sami nie atakowaliśmy, ale byliśmy nieustannie celem ataków. Podczas ostatniej, trzeciej zmiany nasze dwie bazy – „Echo” w Diwanii i „Delta” w Al Kut – były ostrzelane ponad 170 rakietami na przestrzeni niespełna 7 miesięcy.
 
– Bazy te zajmują duży teren?
 – Baza w AlKut jest rozległa, bo w jej skład wchodzi lotnisko, natomiast baza w Al Diwanii jest mała, dlatego bardziej narażona na ataki rakietowe. Najgorszy był atak przeprowadzony 25 sierpnia. Jedna z rakiet trafiła wówczas w stołówkę, na 10 minut przed otwarciem, gdzie jednorazowo spożywa posiłek ponad tysiąc osób. Trudno sobie wyobrazić, jakie mogły być skutki tego ataku, gdyby nastąpił kwadrans później.
 
– Nie ma Pan kłopotów z adaptacja do nowych warunków, gdy trafia Pan w miejsca ze skomplikowaną, szczególnie delikatną sytuacją etniczną?
 – Każdą misję poprzedza okres przygotowań obejmujący zapoznanie się z terenem, warunkami politycznymi i ekonomicznymi. Naszym obowiązkiem jest poszanowanie lokalnych zwyczajów, gdyż od tego zależy to, w jaki sposób będziemy postrzegani, jest to też jeden z podstawowych warunków naszego bezpieczeństwa. Przygotowania, w trakcie których otrzymujemy niezbędna dawkę wiedzy umożliwiającą funkcjonowanie w danym kraju, obejmują wszystkie szczeble misji. Irak jest miejscem znanym mi dość dobrze. Ostatnio przebywałem w nim 1,5 roku. Niestety, sytuacja w tym kraju coraz bardziej się komplikuje. Pamiętam, że za pierwszym razem byliśmy witani bardzo serdecznie. Nasze bazy znajdują się w strefie szyickiej, zamieszkiwanej przez ludność uciskaną przez Saddama. Ludzie ci spodziewali się, że ich sytuacja z biegiem czasu szybko zmieni się na lepsze. Niestety, nie jest to takie proste. Coraz więcej sygnałów świadczy o tym, że ten kraj jest na krawędzi wojny domowej. Ludzie są zastraszani i karani śmiercią za współpracę z wojskami sojuszniczymi.
 
– W jaki sposób odreagowuje Pan napięcia i stresy?
 – Myślę, że mam mocną psychikę. Mimo że znajdowałem się w wielu stresujących, krytycznych sytuacjach i widziałem straszne sceny, nie wywarło to jakiegoś negatywnego wpływu na mnie, jak sądzę. W swoim postępowaniu kieruję się rozwagą. Lubię góry i jazdę na nartach. Myśliwym jestem aktualnie w zawieszeniu, gdyż ze względu na swoje częste wyjazdy wyrejestrowałem się z koła. Przyznam się, że cieszy mnie praca wokół domu.
 
– Przebywając w różnych stronach świata powraca Pan do Krakowa. Czuje się Pan krakowianinem? Można bowiem odnieść wrażenie, że wrósł Pan w to miasto na trwałe.
 – W Krakowie mieszkamy od roku 1980. Tutaj urodziły się nasze dzieci i to one są rodowitymi krakowiankami. Nie wiem, czy można czuć się krakusem już w pierwszym pokoleniu. Na pewno chciałbym, żeby zaakceptowało mnie moje krakowskie otoczenie, choć wiem, że krakusem jest tylko ten, kto się wywodzi z tego miasta. Jestem rodowitym rzeszowiakiem, ale Kraków bardzo lubię. Właściwie to jednak dopiero moje dzieci korzystają ze wszystkiego tego, co piękne to miasto oferuje dziś młodemu człowiekowi...
 
– Jak postrzega Pan polskich oficerów na tle pozostałych nacji? Czy deklarowane przez polskie wojsko przywiązanie do etosu rycerskiego wpływa na jakość służby?
 – Moja obserwacja jest bardzo pozytywna. Udział polskiego wojska w NATO jest znaczący, mimo że jesteśmy młodym krajem członkowskim. W Iraku Polska ma własną strefę – obok Brytyjczyków i Amerykanów, co świadczy o zaufaniu, jakim darzą nas sprzymierzeni. Braki wynikające z mniejszych możliwości finansowych i sprzętowych nadrabiamy obowiązkowością życzliwością, a nawet poczuciem humoru. Osobiście jestem pełen uznania, że wojsko jako grupa społeczna zrobiło tak duży postęp w otwarciu się na inne kraje.
Rozmawiał: JANUSZ MICHALCZAK
 
CV
 
Śp. gen. broni Bronisław Kwiatkowski zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu TU-154 w dn. 10 kwietnia 2010 roku. Był dowódcą 6. Brygady Desantowo–Szturmowej im. gen. bryg. Stanisława Sosabowskiego w Krakowie. W 2003 roku został zastępcą dowódcy Wielonarodowej Dywizji Centrum Południe w ramach I zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego po II wojnie w Zatoce Perskiej. Po powrocie do Polski w 2004 roku pełnił funkcję zastępcy dyrektora Centrum Szkolenia Sił Połączonych NATO w Bydgoszczy. W 2005 przebywał w Iraku jako szef Szkolenia Misji Szkoleniowej NATO. W roku 2006 dowodził Wielonarodową Dywizją Centrum Południe. Zastępca dowódcy 2. Korpusu Zmechanizowanego. W chwili śmierci był dowódcą operacyjnym Sił Zbrojnych RP (rozmowa została przeprowadzona w marcu 2007 roku).
 
Cześć Jego Pamięci!


Jubileusz duszpasterza. Rozmowa z ks. infułatem Jerzym Bryłą, kapelanem krakowskiego Bractwa Kurkowego

- Należy Ksiądz Infułat do grona osób, które krakowskie Bractwo Kurkowe darzy wyjątkowym szacunkiem. W tym roku mija jubileusz 30–letniej posługi duszpasterskiej Księdza w tym środowisku. Proszę powiedzieć, w jaki sposób doszło do tego, że został Ksiądz kapelanem bractwa.
– Przyznam się, że miałem w tym pewien udział. Otóż, zaprzyjaźniłem się z panią Ireną Orską, znaną krakowską aktorką, która została żoną ówczesnego starszego Bractwa Kurkowego – Stanisława Bolechały. Któregoś dnia, po mszy św. w kościele ss. Norbertanek, zaprosiłem małżonków do siebie. W trakcie rozmowy padło z mojej strony pytanie, czy Bractwo Kurkowe ma swojego kapelana. – Owszem, była taka tradycja w II Rzeczypospolitej, ale przerwała ją wojna i późniejsze rządy – odpowiedział pan Bolechała. – Dzisiaj mamy inne czasy, może ksiądz zechciałby zostać naszym kapelanem. Kwestię tę muszę jednak uzgodnić wcześniej z radą starszych. Odpowiedź starszyzny brackiej była pozytywna i w ten sposób zostałem kapelanem bractwa, co jest dla mnie wielkim zaszczytem.
 
Pamiętam, że podczas pierwszego, inaugurującego niejako moją posługę spotkania w roku 1980, otrzymałem od braci piękny, srebrny łańcuch z kurem, a także specjalną dedykację. Bractwo Kurkowe podkreśla swoje bliskie związki z papieżem Janem Pawłem II, sięgające jeszcze okresu, kiedy był wikarym, a później biskupem krakowskim i kardynałem. Bracia wielokrotnie uczestniczyli też w pielgrzymkach do Watykanu, gdzie byli przyjmowani przez Ojca Świętego na prywatnych audiencjach.
 
 
- Wiem, że Ksiądz miał znaczący udział w ich organizacji…
– W pewnym sensie tak. Ogromnie pomagał nam w Watykanie ks. Stanisław Dziwisz, dziś kardynał i metropolita krakowski, którego znałem od wielu lat. Z Ojcem Świętym Janem Pawłem II byłem związany bardzo blisko. Prowadziłem po nim duszpasterstwo akademickie w kościele św. Floriana, z czego – jak zauważyłem, był on bardzo zadowolony. Zabierał mnie też ze sobą, gdy odwiedzał studentów i znajomych. Bywaliśmy m.in. u pana kapitana Wicińskiego, przełożonego ojca Karola Wojtyły, który był również oficerem. Spotkania te odbywały się często w mieszkaniu przy ul. Szlak 64, gdzie prof. Franciszek Delekta czytał wiersze ułożone o każdym obecnym. Kardynał żartował później, że wszyscy zastanawiają się, skąd jest tak dobrze poinformowany o sprawach Kościoła, a to był właśnie efekt takich spotkań.
 
Zżyliśmy się wówczas bardzo. W listopadzie 1969 r., gdy ks. Józef Rozwadowski został ordynariuszem łódzkim, objąłem funkcję kierownika Wydziału Duszpasterskiego Kurii Metropolitalnej, którą pełniłem przez siedem lat. Będąc bardzo blisko kard. Karola Wojtyły, byłem pod coraz większym wrażeniem jego osobowości. Podziwiałem go za mądrość, roztropność, zastanowienie się nad każdą decyzją. Widziałem, że podejmując jakąś decyzję, szuka za każdym razem bożego rozwiązania. Do pracy, którą rozpoczynał ok. godz. 11, wychodził po wielu godzinach modlitwy. Był w istocie bożym człowiekiem.
 
- Pamięta Ksiądz pierwsze spotkanie z Karolem Wojtyłą?
– Po raz pierwszy zobaczyłem Karola Wojtyłę w bardzo odległych czasach. Było to w roku 1945. Miałem wówczas 17 lat. Któregoś dnia poszedłem odwiedzić kolegę w Seminarium Duchownym w Krakowie mieszczącym się wówczas w Pałacu Arcybiskupim. Zobaczyłem wtedy stojącego po drugiej stronie dziedzińca, w skupieniu, Karola Wojtyłę, który był już w seminarium i miał opinię najzdolniejszego i najbardziej pobożnego kleryka. W tym czasie ze Związku Radzieckiego napływali repatrianci, których wojna ogołociła ze wszystkiego. Karol Wojtyła, który miał miłosierne serce dla biedniejszych od siebie, też chciał im coś ofiarować i oddał repatriantowi jedną z dwóch swych koszul, a drugą, jeszcze wilgotną, założył na siebie.
 
- Karol Wojtyła był związany z bractwem od bardzo wczesnych lat, co wynikało również z jego rodzinnych tradycji. Wujem późniejszego papieża był brat kurkowy Leon Wiadrowski, brat siostry Karola Wojtyły.
– Ważnym wydarzeniem, dającym pogląd na to, w jaki sposób ją postrzegał, były znamienne słowa wypowiedziane podczas poświęcenia sztandaru krakowskiego Bractwa Kurkowego w roku 1974: „…jest to dobry moment, ażeby podziękować Bractwu Kurkowemu za to, że pielęgnuje tradycje eucharystyczne w Krakowie od tylu wieków. I że pielęgnuje je również dzisiaj, uczestnicząc w procesji Bożego Ciała, nadając tej dzisiejszej, dwudziestowiecznej procesji Bożego Ciała jakiś wyraz stuleci, łącząc to, co było, z tym, co jest, ukazując całemu dzisiejszemu społeczeństwu krakowskiemu, że rośnie ono z tego samego korzenia, że jest dalszym ciągiem, żywym przedłużeniem tego, które było niegdyś za czasów piastowskich, za czasów jagiellońskich, w tych czasach, kiedy Bractwo Kurkowe powstało”.
Kardynał Karol Wojtyła nigdy też nie zapomniał podziękować braciom za udział w procesji na Skałkę. Gdy został następcą św. Piotra, bardzo się cieszył z odwiedzin. On, który tak bardzo kochał Polskę, przywiązywał wielkie znaczenie do tradycji i symboliki reprezentowanych przez bractwo. Bezpośrednie spotkania z Ojcem Świętym są osobistą zasługą ks. Stanisława Dziwisza, mojego przyjaciela jeszcze z okresu pracy w Kurii. W pewnym okresie widoczne było jednak u papieża zmęczenie licznymi audiencjami prywatnymi. Mówił nawet, że należałoby je ograniczyć. Ks. Stanisław Dziwisz udoskonalił jednak te spotkania. Przebiegały sprawniej, gdy odwiedzający podchodzili do Jana Pawła II, a nie on do nich.
 
- Szerokim echem odbiła się europejska pielgrzymka bractw kurkowych zorganizowana przez krakowskie Bractwo Kurkowe w oku 2005. Uczestniczyło w niej ponad 2 tys. strzelców z różnych stron Europy.
– Było to znaczące wydarzenie. Nie wiem, czy zachowało się moje przemówienie, które wówczas wygłosiłem. Niestety, nie mam go w swoim archiwum. Jan Paweł II wypowiedział wtedy znamienne słowa: „Jako biskup krakowski byłem związany z waszym bractwem i zawsze żywiłem uczucia głębokiego szacunku dla Waszej wielowiekowej tradycji oraz dla Waszego czynnego zaangażowania w życie społeczne, kulturalne i religijne lokalnych środowisk, bez względu na sytuację polityczną kraju. Podtrzymujcie tę dobrą tradycję. Niech też nigdy nie gaśnie w Waszych sercach rycerska gotowość do obrony najbardziej potrzebujących i do niesienia im pomocy w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia”.
Ojciec Święty został przez braci bardzo uhonorowany. Otrzymał m.in. godność honorowego brata kurkowego. Leszek Gołda, starszy krakowskiego Bractwa Kurkowego, wspomina, że podczas uroczystości w Watykanie papież, któremu bractwo przyznało najwyższe odznaczenie – Krzyż Wielki – położył na nim swą dłoń i powiedział: „Przyjmuję”.
 
- Ostatnie lata, związane w duszpasterską posługą księdza w bractwie były dla tej organizacji bardzo owocne. Bractwo starało się m.in. utrwalić nauczanie i postać Jana Pawła II poprzez rozmaite fundacje…
– Budowa pomników nie była w intencji Jana Pawła II. Wiedział o nich, ale nie protestował. Dla nas szczególny wymiar miało odsłonięcia pomnika w Rzymie, zachwycającego formą i będącego dziełem prof. Czesława Dźwigaja. Artysta, który ma w swym dorobku aż 68 pomników papieskich, zapytany przeze mnie, czy posiada również taki monument w Rzymie, odpowiedział: – „Nie, ale chętnie taki pomnik wykonam”. Dzięki szczodrobliwości brata kurkowego Andrzeja Dudy z małżonką 19 maja 2004 roku, a także braci Leszka i Krzysztofa Gołdów oraz Krzysztofa Janarka, nastąpiło odsłonięcie pomnika przy Via Cassia przed Domem Polskim w Rzymie. W uroczystości licznie uczestniczyli polscy biskupi, przedstawiciele generalicji, a także ambasador RP w Watykanie Hanna Suchocka oraz orkiestra reprezentacyjna WP.
 
- Do zbiorów bractwa, zgromadzonych w oddziale „Celestat” krakowskiego Bractwa Kurkowego, dołączył Ksiądz osobiste pamiątki papieskie – m.in. pektorały, piuskę i szaty liturgiczne używane przez Ojca Świętego.
– Jest to wyraz mojej wdzięczności dla Jana Pawła II. Ksiądz Stanisław Dziwisz zwrócił nawet uwagę, że byłem traktowany  przez papieża inaczej niż inni goście, których zazwyczaj słuchał. „Ty, jak przyjedziesz, to Ojciec Święty mówi głównie do ciebie. Widać, że cię lubi” – powiedział któregoś dnia. Papież był bardzo bezpośredni i miał wielkie poczucie humoru.  Kiedy do szpitala z jakimiś brzusznymi boleściami trafił ks. Kabongo z Afryki, drugi osobisty sekretarz Jana Pawła II, usłyszałem komentarz, że prawdopodobnie dlatego, że bardzo się śmiał. Zapamiętałem też dyskusję na temat przyszłości komunizmu. Kiedy padło pytanie, jak długo jeszcze może system ten istnieć, ktoś powiedział: „Pewnie z 50 lat”. Jan Paweł II, po głębszym zastanowieniu, odparł wtedy proroczo: – „Bóg ingeruje czasem w historię”.
 
- Ksiądz infułat pełni posługę duszpasterską również w innych środowiskach.
– Tak, to prawda. Objąłem nią również środowiska twórcze, siostry wizytki, głuchoniemych oraz krakowskich wodociągowców. Bractwo Kurkowe niesamowicie mnie rozpieszcza, obdarowując rozmaitymi medalami i honorami. Sympatię tę staram się odwzajemniać modlitwą. Kocham braci, a oni się cieszą, że z nimi jestem. Podobnie jak artyści, którzy mówią z przesadą, że moja obecność podnosi rangę ich spotkań. Widzę czasem, jak aktorzy patrzą na mnie, gdy wygłaszam kazanie. Mam świadomość, że wielu z nich rejestruje dla celów twórczych zachowanie kapłana. Ale mnie to nie peszy. Nie jestem nadęty, nie mam patosu i staram się mówić zgodnie z zasadami, co im ułatwia odbiór mojego przekazu.
Rozmawiał:
JANUSZ MICHALCZAK
 


W stronę profesjonalizacji. Rozmowa z szefem sztabu, zastępcą dowódcy Wojsk Lądowych, gen. dywizji Edwardem Gruszką, honorowym bratem kurkowym

- Bractwo Kurkowe ma od lat bardzo dobre kontakty z przedstawicielami Wojska Polskiego. Odnoszę wrażenie, że związki te uległy w ostatnich latach zacieśnieniu. Dzisiaj trudno byłoby wyobrazić sobie, jakieś większe przedsięwzięcie w którym nie uczestniczyliby przedstawiciele ministerstwa obrony i 2. Korpusu Zmechanizowanego…

- Bardzo wysoko oceniam działalność Bractwa Kurkowego, która kultywującego tradycje strzeleckie i patriotyczne. Krakowscy bracia reprezentują organizację zapisaną złotymi zgłoskami w naszej historii. Na terenie garnizonu krakowskiego nie ma prawdopodobnie jednostki, która nie posiadałaby sztandaru ufundowanego przez Bractwo. W wielu z nich znajdują się popiersia i pomniki wybitnych dowódców. Przykładem może być odsłonięty w ubiegłym roku pomnik generała Władysława Andersa, który stanął przed siedzibą dowództwa 2 korpusu Zmechanizowanego. Moje bardzo dobre, jak sądzę, relacje z Bractwem Kurkowym datują się czasów, gdy byłem w Krakowie dowódcą 16. Batalionu Powietrzno-Desantowego. W tamtym okresie spotykaliśmy się bardzo często. Braliśmy udział w organizowaniu zawodów strzeleckich, w szczególności o tytuł króla kurkowego. Mam też ten ogromny zaszczyt i satysfakcję, że bracia przyznali mi tytuł honorowego brata kurkowego.
 
- Co zdecydowało, że został Pan żołnierzem zawodowym?
- Myślę, że na moich decyzjach zaważyła przede wszystkim kwestia wychowania, tradycji rodzinnych oraz fascynacji wojskiem. Od dziecka bardzo dużo o czytałem o polskich siłach zbrojnych, interesując się m.in. historią II wojny światowej. Fascynacja mundurem, postaciami wybitnych dowódców i strategią wojskową spowodowały, że przed laty zostałem żołnierzem, a dziś jestem generałem. Początkowo, co może zabrzmi dziwnie, interesowała mnie chemia i myślałem, że pójdę w tym kierunku. Kiedy jednak zacząłem na poważnie myśleć o założeniu munduru, dzięki kontaktom z Wojskową Komedą Uzupełnień, a także znajomymi oficerami i lekturze rozmaitych folderów, zmieniłem pogląd na własne miejsce w wojsku. Zafascynowała i bardziej przemówiła do mnie wizja komandosa, który dokonuje niezwykłych, odważnych czynów - nurkuje, skacze na spadochronie, jest zwiadowcą. Wszystko to sprawiło, że wybrałem formację wojsk zmechanizowanych, która otwierała przede mną możliwość służby w jednostkach powietrznodesantowych i specjalnych.
W tamtym okresie oraz miejscu wielu z nas marzyło o tym, by trafić do którejś z elitarnych jednostek. Chcąc zostać spadochroniarzem, zwiadowcą w elitarnym plutonie rozpoznawczym, trzeba było najpierw przejść odpowiednią selekcję. Jeszcze podczas studiów oficerskich znalazłem się w dwudziestoosobowej grupie, wyłonionej spośród 600 kandydatów, która trafiła do 6. Brygady Desantowo-Szturmowej. Gdy pod koniec czwartego roku założyliśmy wymarzone czerwone berety towarzyszyła nam wiara, że jesteśmy kandydatami dobrze przygotowanymi do tej wymagającej służby.
 
- Czy zdarzyły się Panu sytuacje szczególnie niebezpieczne?
- Służba w 6. Brygadzie Desantowo-Szturmowej była ciągłym splotem wydarzeń związanych z ryzykiem, skokami i bardzo wymagającymi ćwiczeniami, nawet tu w Polsce. Pamiętam jak z trzema grupami komandosów otrzymaliśmy zadanie opanowania lotniska Balice. Udało nam się wówczas wykonać pozytywnie bardzo trudne zadanie wyeliminowania wskazanych celów oraz rozbrojenia warty. Jednym z takich najbardziej emocjonujących wyzwań była służba na Wzgórzach Golan, gdzie - przez trzy miesiące - byłem szefem sztabu, a później dowódcą 16. batalionu Powietrzno-Desantowego. Misja ta z dzisiejszej perspektywy może wydawać się bezpieczna, w rzeczywistości wcale nie należała do najłatwiejszych. Znajdowaliśmy się pomiędzy dwoma walczącymi wcześniej ze sobą wrogimi armiami, syryjską i izraelską. Strefa operacyjnego rozwinięcia była pełna pól minowych oraz przygotowanych do wysadzenia w powietrze przepustów i mostów. Naszym zadaniem było monitorowanie rozdzielonych stron konfliktu oraz nadzór nad zachowaniem parytetów ludzi i uzbrojenia w strefach demarkacyjnych.
Kolejnym bardzo trudnym zadaniem była misja stabilizacyjna w Bośni i Hercegowinie. Mieliśmy tam do czynienia z ekstremistami islamskimi, których nazywaliśmy w owym czasie mudżahedinami. Dziś, z perspektywy wieloletnich doświadczeń, mogę powiedzieć, że były to początki Al-Kaidy. Zagrożenie odczuwaliśmy każdego dnia. W niewielkiej miejscowości Bocinja Donja mieliśmy do czynienia z sytuacjami, które mogły przerodzić się w potyczki zbrojne. Na szczęście do nich nie doszło, ale przez jednego z mudżahedinów zostałem wskazany publicznie jako cel do wyeliminowania. Zagrożono nie tylko mnie, również moim najbliższym, Dziś wiem, że niebezpieczeństwo, które wówczas bagatelizowałem, było bardzo realne.
 
- Jak ocenia Pan polskich żołnierzy z perspektywy długoletniej służby i kontaktów z żołnierzami zachodnich formacji?
- Doświadczenia z Bliskiego Wschodu, Bośni i Hercegowiny oraz z Iraku upoważniają mnie do stwierdzenia, że Polscy żołnierze nie ustępują Amerykanom, Duńczykom, Niemcom czy Kanadyjczykom. Zachodni dowódcy Sojusznicy byli zachwyceni ich pod wrażeniem poziomu wyszkolenia, poświęcenia i profesjonalizmu naszych żołnierzy. bohaterstwem na polu walki, przebiegłością i poświęceniem. Nie ukrywam, że piątą zmianę Polskiego Kontyngentu Wojskowego, która znajduje znajdującą się obecnie w Afganistanie, tzw. 5 Kontyngent – w skład którego wchodzą tworzą między innymi żołnierze z elitarnej 6 Brygady Powietrzno-Desantowej oraz 25 Brygady Kawalerii Powietrznej.(kto jeszcze?) tworzy formację elitarną. O najwyższych umiejętnościach polskich żołnierzy świadczą choćby ostatnie zdarzenie w irackim afgańskim dystrykcie Andar, w pobliżu bazy Four Corners, gdzie doszło do potyczki z talibami. w której Amerykanie mieli na początku przewagę, ale zdarzenie bojowe doprowadziło do zmiany układu sił. Dzięki interwencji Polaków udało się rozbić talibów i pomóc Amerykanom. Jeden z naszych żołnierzy, kpr. Piotr Marciniak, przypłacił tę walkę życiem, kilku ranami. Takie Zachowanie polskich żołnierzy podczas trudnej operacji stabilizacyjnej w Afganistanie świadczy również o ich wzorowej postawie jako niezawodnych sojuszników.
 
- W Polsce toczy się dziś debata na temat sensu naszej obecności w Afganistanie…
- Cele i wartości, jakie zamierzamy osiągnąć służą wspieraniu oraz zapewnieniu bezpieczeństwa Afgańczyków. Obecność polskiego żołnierza w tym miejscu wynika z faktu, że jesteśmy członkami Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wykonujemy zadania za którymi stoi z mocy rezolucji ONZ. W Afganistanie próbujemy powstrzymywać przeciwdziałać zagrożeniom, które mogą rozprzestrzenić się na teren Europy. Siły zbrojne są między innymi po to, aby powstrzymywać zagrożenia zewnętrzne. Bezpieczeństwa Polski i NATO strzeżemy w naszych granicach oraz tysiące kilometrów od nich.
 
- Wątpliwości dotyczące sensu misji w Afganistanie czy Iraku potęguje śmierć polskich żołnierzy…
- Przeżywamy głęboko każdą śmierć, każdą ofiarę. Jako dowódca w Iraku i Afganistanie wielokrotnie miałem do czynienia z poległymi. Byli wśród nich nie tylko polscy żołnierze. Ginęli również Bułgarzy, Amerykanie i Irakijczycy. Pragnę podkreślić, że stale towarzyszy nam świadomość, że ofiar powinniśmy unikać. Wiemy jednak, że są one nieodłącznie związane z charakterem naszej służby.
 
- Pana zadanie wykraczają obecnie daleko poza obowiązki wynikające niegdyś z pełnienia misji poza granicami kraju. Ostatnio, przybywając z Bractwem Kurkowym w Brukseli, usłyszałem od osoby, która jest obserwatorem obrad europarlamentu, że polska decyzja o uzawodowieniu armii odbierana jest przez niektórych zachodnich polityków, jako de facto jej likwidacja.
- Są to opinie zupełnie nie uprawnione. Wojska lądowe były, są i będą. Obecnie przechodzimy transformację i jesteśmy w połowie drogi do pełnej profesjonalizacji. Od początku przyszłego roku rozpoczynamy proces tworzenia Narodowych Sił Rezerwowych, które uzupełnią polskie siły zbrojne do poziomu 120 tys. żołnierzy,
 
- Czy ma Pan jeszcze czas dla rodziny?
- Myślę, że jakoś sobie z tym jeszcze radzę, choć w ostatnim czasie nie jest to łatwe. Jestem Krakowianinem, mam dwóch synów. Czuję się szczęśliwym mężem i dziadkiem.
 
- Żaden z Pana synów nie myślał o służbie w wojsku?
- Decyzje podjęli świadomie. Wybrali inną drogę rozwoju. Starszy syn ma za sobą przygodę ze spadochroniarstwem, do tej pory oddał ponad 60 skoków. Być może w moje ślady pójdzie kiedyś wnuk.
 
 
Rozmawiał: Janusz Michalczak
 
 
 
 
 


Piękno w świecie rozpaczy. Rozmowa z bratem kurkowym, artystą rzeźbiarzem prof. Czesławem Dźwigajem

- Medal prymasowski, którym w zeszłym tygodniu został Pan uhonorowany na Skałce, przyznany przez ks. kardynała Józefa Glempa twórcy "znamienitemu w posłudze dla Kościoła i Narodu", stanowi podsumowanie ważnego etapu w Pana działalności artystycznej. A skoro mówimy o sprawach artystycznych, to krytyka zarzuca Panu, że jest m.in. specjalistą od pastiszu i naśladowcą "przerażającego realizmu", rzeźbiarzem zmanierowanym i nastawionym na efekt...

 - Przepraszam bardzo, ale nie mam zamiaru tłumaczyć się ze stawianych mi zarzutów przez tzw. krytykę. Cytowane przez pana słowa i treść uzasadnienia przyznanego mi medalu wyrażają dwa przeciwstawne stanowiska. Otóż mam wiele dowodów na to, że moje rzeźby, niezależnie od formy i przeznaczenia, nie tylko budzą szacunek, ale są podziwiane i zamawiane przez ludzi w kraju i za granicą. Nie przemawia przeze mnie megalomania. Nie jestem jedynym, który z racji uznawanych i przekazywanych innym wartości stał się przedmiotem krytyki. Mogę powiedzieć jedynie, że ktoś, kto uważnie obserwuje rzeczywistość, dostrzega, że również w naszych czasach powstają znaczące dzieła w rozmaitych dyscyplinach sztuki, w których podstawowe znaczenie ma piękno i stwórcza moc Ducha, stanowiące niewyczerpaną, ciągłą inspirację dla artysty.

 - Dlaczego, Pana zdaniem, twórczość odwołująca się bezpośrednio do dorobku cywilizacji łacińskiej wywołuje dziś tak negatywne reakcje ze strony krytyki?

 - Dzieje się tak z kilku powodów, i to bynajmniej nie stricte artystycznych. Żyjemy w świecie, w którym nie jest dobrze widziane, aby przeciętny człowiek zaprzątał sobie głowę stawianiem pytań o wartości najważniejsze i ostateczne. Najlepiej, jeśli wtłoczy się go w odpowiednio skrojony garnitur przestrzeni życiowej, wyznaczy mu kontrolowane pole zainteresowań i poda dla rozrywki odpowiednio popieraną i lansowaną pseudosztukę, która - unikając podstawowych pytań egzystencjalnych - jest przede wszystkim szokującym wygłupem. Otóż tak pojmowana "sztuka" doprowadza odbiorcę do jednoznacznego wniosku, że współczesny twórca to cwany hochsztapler, a jego dzieło jest zwykłą prowokacją.

 W promowaniu takiej działalności celuje lwia część mediów, odpowiednio, moim zdaniem, przygotowanych i sterowanych. Otóż czynią one wszystko, aby twórców traktujących swą działalność w kategoriach ponadczasowych przemilczeć, ośmieszyć i zdezawuować, a gdy to im się nie udaje - podważyć za wszelką cenę zaufanie do kreacji budującej dobro, piękno i szlachetne, narodowe wzorce. Cel jest jednoznaczny - jest nim torowanie drogi dla działań pseudoartystycznych, lansujących destrukcyjne, konsumpcjonistyczno-hedonistyczne ideologie i wzorce życia. Świetnie ujął to w książce "Duch liturgii" kardynał Joseph Ratzinger: "Spójrzmy jeszcze raz krótko na teraźniejszość. Kwestionowanie pojęcia podmiotu, którego doświadczamy dzisiaj wraz z radykalnymi formami subiektywizmu, doprowadziło do dekonstruktywizmu, anarchicznej teorii sztuki."

 - Skandal jest dla wielu osób kluczem do kariery, a nieskrępowana swoboda wypowiedzi istotą artystycznej wolności.

 - Jest prawdą, że artysta powinien być swojego rodzaju rewolucjonistą, występującym przeciwko zastanemu porządkowi w sztuce. Każdy twórca, jako człowiek wolny, ma prawo do wolności kreacji i eksperymentu, do poszukiwania własnej indywidualności. Ale nie może, i nic go do tego nie upoważnia, burzyć, opluwać i bezcześcić czyichś uczuć, kierując się swoistym egoizmem i pragmatyzmem w celu osiągnięcia złudnego sukcesu. Z reguły to opluwanie uderza dziś w uczucia wyznawców chrześcijaństwa, a w szczególności katolików. Jest w tym rodzaj wyrachowania, gdyż opluwanie i wyszydzanie wyznawców religii mojżeszowej jest z wiadomych powodów zupełnie nieopłacalne, a wyśmiewanie i bezczeszczenie symboli religii muzułmańskiej bywa wręcz niebezpieczne. Ukazywanie zanikającego piękna, odkrywanie go na nowo poprzez nową formę i nowe tchnienie ducha, to moje widzenie, filozofia i zasadnicze przesłanie artystyczne, które usiłuję przekuć w znak widzialny, jakim jest rysunek, medal, mała forma rzeźbiarska, rzeźba kameralna, witraż, polichromia i pomnik.

 - Trudno uniknąć wrażenia, że na rynku sztuki sprzedaje się dziś to, co jest łatwo przyswajalne.

 - Kultura światowej konsumpcji idzie w kierunku podstępnego zajmowania coraz to większych obszarów i spycha sztukę piękną na antypody, z czego nie zdaje sobie sprawy wiele osób, a także tzw. decydentów z kręgu kultury i sztuki. Czas, w którym tworzę, jest bardzo trudny, gdyż zanika w nim odpowiedzialność za wypowiedziane słowo. W związku z tym wszystko jest dozwolone. Nastała moda na nieujarzmione chamstwo.

 

Powiedziałbym nawet, że dzisiaj im bardziej się komuś naubliża, tym jest się bardziej trendy. Zjawisko to dotyczy nie tylko bezimiennego internetu, ale również wysokonakładowych gazet i telewizji. Mamy jednocześnie do czynienia z zakłamywaniem podstawowych pojęć, również z kręgu kultury. W ostatnich latach namnożyło się nam rozmaitych festiwali... pierogów, zupy, a także galerii, gdzie można znaleźć wszystko, ale nie uświadczy się sztuki.

 - Odrzuca Pan bunt jako formę artystycznej wypowiedzi?

 - Odbiorca powinien wiedzieć, że dzieło sztuki jest środkiem indywidualnego przekazu poglądów artysty, jego myśli, uczuć, twierdzeń. Wypowiedzią artystycznej refleksji. Dzieło sztuki powinno jednoznacznie wyrażać to, co twórca prezentuje. Czy jest próbą buntu w stosunku do tradycji artystycznej, która służy poszukiwaniu i kształtowaniu nowych pojęć estetycznych, czy może tylko blichtrem i prowokacją, nie niosącymi za sobą nic poza poszukiwaniem poklasku. Musimy pamiętać o tym, że treść i forma w sztuce stanowią nierozerwalną jedność i nie istnieją same dla siebie.

 Tak zwana awangarda chorobliwie śniła o odcięciu się od treści. Jednak poza obsesyjnym teoretyzowaniem, nigdy nie zrealizowała wytyczonego celu i wszyscy jej kontynuatorzy, czy chcą tego czy nie chcą, muszą to przyjąć do swej wiadomości, również teraz - w pierwszej dekadzie XXI wieku. Znamienne są w tym kontekście wypowiedzi wielu artystów, którzy zachłysnęli się ideami tzw. awangardy, by wcześniej czy później je porzucić. Przytoczę w tym przypadku tylko jeden przykład, słowa wypowiedziane przez Henryka Góreckiego z okazji jubileuszu ukończenia 75 lat życia: "Czas mojej awangardy uważam za stracony. Zachłysnąłem się nią tak, jak inni. I jak inni kompozytorzy, zrobiłem podobnie, porzucając awangardę, aby w sumie dotrzeć poprzez dodekafonię, serializm, sonoryzm - do piękna... Jestem przeciwnikiem chamstwa i destrukcji w sztuce. Ten świat potrzebuje piękna, by nie pogrążyć się w rozpaczy".

 - Pana twórczość utożsamiana jest przede wszystkim z realizacją pomników papieża Jana Pawła II. W rzeczywistości Pańska twórczość obejmuje dziesiątki, jeśli nie setki realizacji w postaci aranżacji kościołów, monumentalnych drzwi do sanktuariów, medali i płaskorzeźb. Jest wśród nich m.in. Park i Monument Tolerancji w Jerozolimie, a także płaskorzeźba - Drzewo Jessego w Betlejem, dar papieża Benedykta XVI dla Ziemi Świętej. Z dorobkiem tym krakowska publiczność miała okazję zapoznać się podczas retrospektywnej wystawy zorganizowanej w ubiegłym roku w Pałacu Sztuki.

 - Pomniki są dla mnie bardzo ważne, jako swoiste latarnie, kierujące swoje przesłanie od tych, którzy odeszli, do żyjących i przyszłych pokoleń. Uświadamiają poczucie trwałości, ciągłości i odpowiedzialności za przeszłość. Służą nam za dowód umiłowania wartości nadrzędnych. Są drogowskazami tożsamości, a co za tym idzie, wyrażają poczucie naszej wartości i odrębności. Dlatego, jeżeli przyjrzymy się minionym dziejom, to widzimy, że wszelkiego rodzaju najeźdźcy, bez względu na czas i miejsce, niszczyli je z wielką zajadłością, a w to miejsce wstawiali obiekty wyrażające bliskie im idee.

 Tworzenie pomnika jest na pewno czymś wyjątkowym dla artysty rzeźbiarza. I nie chodzi tu bynajmniej o rozmiary i materiał, z którego jest wykonany, ale przede wszystkim o jego szczególną funkcję i przesłanie, które w konsekwencji ma jednoznaczne i bezpośrednie przełożenie na kształt i formę, czyli całą kreację artystyczną. To poprzez realizację pomnika twórca upamiętnia fakt, wydarzenie lub osobę, które są dla jakiejś społeczności lub dla ogólnie pojętego dobra bardzo ważne. Pomnik, jeśli jest rzetelnie zaprojektowany i wykonany, staje się egzemplifikacją określonej autorskiej tezy w istotnym znaczeniowo, niepowtarzalnym czasie.

CV

 

 

Profesor Czesław Dźwigaj urodził się w 1950 r. w Nowym Wiśniczu. Jest pedagogiem Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych i Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła II w Krakowie. Twórcą licznych dzieł sztuki w kraju i za granicą.


Prof. dr hab. Franciszek Ziejka, b. rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, brat honorowy krakowskiego towarzystwa strzeleckiego


Powrót do korzeni. Rozmowa z prof. dr. hab. Franciszkiem Ziejką, przewodniczącym Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa

  - Krakowskie Bractwo Kurkowe łączy z Uniwersytetem Jagiellońskim, którego rektorem był Pan przez dwie kadencje, wiele punktów stycznych. Jednym z nich jest wielowiekowa historia. W ubiegłym roku bractwo obchodziło jubileusz 750-lecia…

- Bractwo na przestrzeni wieków odegrało niezwykle ważną rolę. Szczególnie istotną okazała się ona w XIX wieku, gdy bracia oddali wielkie zasługi dla podtrzymania ducha patriotycznego w narodzie. Także po reaktywacji, w okresie powojennym, rola bractwa wydaje się nie do przecenienia. Jest ono, niewątpliwie, jednym z tych wiązadeł, które wiążą nas z dawną przeszłością. Sięgając swą historią XVI wieku - czasów Zygmunta Augusta, a nawet wcześniejszych – bractwo bardzo głęboko zakotwicza obecne pokolenia w historii, dzięki której Kraków zyskał miano duchowej stolicy Polaków.

 Pamiętajmy, że w drugiej połowie XIX wieku do Krakowa przybywali pątnicy z ze wszystkich ziem polskich, także z zaboru pruskiego i rosyjskiego, aby - jak pisał to niejeden z autorów - „nadyszeć się polskością”. Rzadko mówi się o tym, że gdy Otto von Bismarck rozpoczął w okresie tzw. Kulturkampfu akcję wypędzania wszystkich tych, którzy nie posiadali obywatelstwa pruskiego, do Krakowa przybyły tysiące wygnańców. W mieście znaleziono dla nich najpierw gościnę, a później pracę.
Kraków, duchowa stolica Polski, był zawsze otwarty dla weteranów powstań narodowych. Z myślą o powstańcach styczniowych powstało przytulisko przy placu Biskupim. Było to miasto królewskie, ale jego wielka wartość potwierdziła się dodatkowo w czasach narodowej niewoli. A były one niełatwe.
 
- Dzisiaj wiele osób z sentymentem mówi o Krakowie doby galicyjskiej. Wypada jednak przypomnieć, że Austriacy przez pierwsze dekady stosowali twardą, represyjną politykę wobec Polaków.
- Dopiero przegrana Austrii w wojnie z Prusami w roku 1866 spowodowała, że polityka ta uległa zelżeniu. Jeszcze w latach 50. prowadzono politykę germanizacyjną, której wyrazem było m.in. wprowadzenie języka niemieckiego jako wykładowego na Uniwersytet i do szkół średnich. A wcześniejsze lata? Władza zaborcza nie przebierała w środkach. Świadczą o tym wykonane wyroki śmierci na spiskowcach takich jak Józef Kapuściński, Teofil Wiśniowski, Julian Goslar. Za przynależność do tajnego stowarzyszenia patriotycznego wyrok śmierci – zamieniony potem na wieloletnie więzienie – otrzymał nawet późniejszy kardynał Albin Dunajewski (wraz z pięćdziesięcioma innymi studentami Uniwersytetu Lwowskiego). Zachowało się wiele świadectw ludzi, którzy latami całymi, w kajdanach, odsiadywali kary więzienia w twierdzach Spielberg i Kufstein. Z pewnością nie była to łagodna władza.
 
 - W centrum Pana zainteresowań znajduje się dziś XIX-wieczny Kraków. Praca ta wykracza daleko poza sferę literaturoznawczą.
- Na co dzień zajmuję się sprawami literackimi. Od kilku lat koncentruję się jednak na zagadnieniach związanych z rolą Krakowa XIX-wiecznego, który był przecież nie tylko miastem artystów i poetów. Oczywiście jest to najbardziej popularny wizerunek naszego miasta i, przyznajmy to, w pełni prawdziwy. W Krakowie powstała Szkoła Sztuk Pięknych, będąca zalążkiem późniejszej Akademii Sztuk Pięknych, powołano w nim do życia Instytut Techniczny. Oblicza się, że w średnio mieszkało w Krakowie ok. 150 pisarzy, poetów i dziennikarzy, tyluż samo malarzy, ok. 40-50 kompozytorów i muzyków. Miasto miało rozległą elitę, która promieniowała bardzo szeroko.
Ale atrakcyjność Krakowa nie sprowadzała się tylko do obecności w nim artystów i pisarzy. To było miasto pełne pamiątek narodowych, w tym mieście w czasach niewoli budowano bohaterom narodowym pomniki, tu stworzono panteon narodowy, stąd promieniowała nadzieja na przyszłe odrodzenie wolnej Ojczyzny.
 
 - Takie przedsięwzięcia powinny być realizowana również i dziś. Często mam do czynienia z osobami, które wyjechały za granicę, wiele z nich ukończyło studia na Zachodzie Europy, ale większość z nich ma kłopoty z definiowaniem wartości, które wynikają z polskich tradycji.
- Poznanie pamiątek historycznych Krakowa to przepustka do naszej tożsamości, do poczucia się członkiem narodu posiadającym piękną historię, ale także aspirującego do godnego miejsca we współczesnym świecie. Naszym obowiązkiem jest m.in. niesienie pomocy tym ludziom, szczególnie młodym, których nie stać na wyprawę do dawnej stolicy Polski, a którzy w poszukiwaniu chleba może wyjadą na zawsze z kraju. Aby nie zapomnieli o swoich korzeniach, winni oni choć raz zobaczyć Kraków, poznać jego zabytki.
 
Jako przewodniczący SKOZK, w ubiegłym roku, nie mając pieniędzy w kieszeni, sprowadziłem przecież do Krakowa ok. 1450 młodych ludzi i 100 nauczycieli z najbiedniejszych i najdalej oddalonych od naszego miasta rejonów: z województw: warmińsko-mazurskie i koszalińskie. Udało mi się pozyskać dla tej idei znakomitych opiekunów-patronów: prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego, metropolitę krakowskiego ks. kard. Stanisława Dziwisza, a także marszałka województwa małopolskiego, p. Marka Nawarę. Dzięki wsparciu tych osób udało się dokonać montażu finansowego, dzięki któremu można było młodzież gimnazjalną z kilkudziesięciu szkół przywieźć do Krakowa autokarami na cztery dni, zapewnić im mieszkanie i wyżywienie, pokazać zabytki a także współczesne oblicze miasta.
 
- Jak akcja ta przebiegała w praktyce?
- Co tydzień do Krakowa przyjeżdżała ok. 50 osobowa grupa młodzieży z nauczycielami. Trzy dni nasi goście spędzali w Krakowie, jeden - w Wadowicach i Kalwarii Zebrzydowskiej. Spotykał się z tą młodzieżą w miarę możliwości czasowych metropolita krakowski, spotykałem się z nimi i ja, uważałem bowiem, że jest to mój obowiązek, jako organizatora. Pamiętał swój pierwszy pobyt w Krakowie w latach 50. Miasto zrobiło wówczas na mnie ogromne wrażenie, podobnie zresztą jak na młodzieży, którą zaprosiłem.
 
To było coś wspaniałego. Stało się tak m.in. dzięki spontanicznej, bezinteresownej pomocy pracowników Biura SKOZK. Mam nadzieję, że ci młodzi ludzie jeszcze nieraz przyjadą do naszego miasta. Prosiłem ich, aby przebywając gdzieś tam daleko w Koszalińskiem czy na Warmii, albo też poza granicami, nie zapominali o Polsce, i o Krakowie, który jest sercem Polski. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się na nowo podjąć realizację tego programu, który nazwaliśmy „Moja Wielka Ojczyzna”. Dzięki Bożej opatrzności, mimo rozlicznych wojen, Kraków pozostał nienaruszony.
 
Zachowały się w nim bezcenne zabytki świadczące o naszej chwalebnej przeszłości. Zabytkami tymi opiekuje się powołany do życia przez 30. laty Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa. Od 1985 roku SKOZK otrzymuje za pośrednictwem Kancelarii prezydenta RP środki z budżetu państwa na prowadzenie prac przy konserwacji i odnowie owych zabytków. Kieruję pracami SKOZK od czterech lat. Jestem głęboko przekonany, że to, co robimy, robimy dla dobra miasta i dobra naszej narodowej kultury. Dlatego nie szczędzimy czasu dla tej instytucji, choć wszyscy członkowie SKOZK, z przewodniczącym włącznie, pracują w nim społecznie.
 
- Praca badawcza, którą Pan wykonuje, ma ogromne znaczenie. Nasze wydawnictwo drukuje plon działalności Ambrożego Grabowskiego. Okazuje się, że wszelkie wiadomości związane z historią miasta cieszą się dziś bardzo dużym zainteresowaniem.
- Grabowski jest dla mnie jedną z kluczowych postaci, czołowym „starożytnikiem Krakowa”. Do naszego miasta trafił z Kęt i Kraków całkowicie go pochłonął. Podobna pracę wykonywało w XIX wieku wielu, jak choćby Józef Muczkowski, Józef Łepkowski, Paweł Popiel, Karol Kremer, Władysław Łuszczkiewicz i cały zastęp innych. Pamiętajmy, że działali oni w Krakowie, w którym wciąż jeszcze znaczący głos mieli ludzie zwani „burzymurkami”.
 
- Dzisiaj, jak sądzę, ci ostatni nie mieliby żadnych szans…
- Na szczęście nie wyburzono całych murów obronnych, pewna ich część pozostała. Czy działalność „burzymurków” w całości zasługuje na potępienie? W latach siedemdziesiątych pracowałem na Uniwersytecie Prowansalskim w Aix-en-Provence. Często wówczas odwiedzałem pobliski Awinion. W mieście tym zachowały się średniowieczne mury. Rzecz w tym jednak, że otoczono je obrzydliwym, asfaltowym parkingiem. Mimo wszystko Kraków wybrał chyba lepsze rozwiązanie. Dlatego bolejąc nad zniszczeniem w pierwszej połowie XIX w. wielu wspaniałych zabytków, musimy docenić to, co zostało wówczas uratowane.
Stało się tak dlatego, że żyli wówczas w Krakowie ludzie wielkiego umysłu i serca, którzy kochali nasze miasto i umieli ową miłość zamienić na czyny. Jak choćby Feliks Radwański czy Florian Straszewski, którym zawdzięczamy pełne uroku nasze Planty.
 
- Ciekawe, że na tej niebywałej tkance historycznej, uśpionej w różnych epokach przez dziesięciolecia, powstaje dziś prawdziwie europejska, nowoczesna metropolia.
- Przyszłość wiąże się z umiejętnością łączenia wielkiego dziedzictwa z wymogami współczesności. Nie można oczywiście zamieniać Krakowa w skansen, to musi być miasto nowoczesne, miasto, w którym dobrze się będzie żyło współczesnym Krakowianom. We wrześniu br. w naszym mieście odbędzie się Kongres Kultury Polskiej. Poproszono mnie, abym w trakcie tego forum poprowadził panel dyskusyjny poświęcony ochronie dziedzictwa kulturowego w przyszłości. Uważam, że z naszymi krakowskimi doświadczeniami w tej dziedzinie jesteśmy w europejskiej czołówce. Myślę, że doświadczenia nasze mogą się przydać wielu innym miastom polskim.
 
- Rzeczywiście w mieście jest wiele takich miejsc, które pokazują, w jaki sposób można łączyć przeszłość z nowoczesnością.
- Wystarczy np. pójść do Międzynarodowego Centrum Kultury, aby zobaczyć jak prof. Jacek Purchla znakomicie stworzył w zabytkowym obiekcie nowoczesny ośrodek kulturalny, pokazując jednocześnie to, co pozostało w nim z dawnych wieków. W Społecznym Komitecie Odnowy Zabytków Krakowa działa kilkadziesiąt osób, które tak właśnie postrzegają swą rolę. Komisje SKOZK dokonują oglądu poszczególnych zabytków, dyskutują i zastanawiają się wspólnie z Wojewódzkim oraz Miejskim Konserwatorem Zabytków nad optymalnym wykorzystaniem zabytkowej struktury naszego miasta. Ot, dopiero co Komisja Programowania i Oceny Realizacji naszego SKOZK odwiedziła stary spichlerz przy pl. Sikorskiego w którym, w niedalekiej przyszłości, powstanie nowoczesna filia Muzeum Narodowego. Podobnie jak członkowie SKOZK działają bracia kurkowi, którzy czerpiąc z przeszłości znakomicie wpisują się we współczesność, przyczyniając do dalszego rozwoju organizacji, a także wzbogacenia dziedzictwa materialnego miasta.
 
- Pana życiorys i dorobek są niezwykle bogate. Kluczowe znaczenie ma jednak w Pańskiej biografii budowa III Kampusu UJ. Można powiedzieć wręcz, że za Pana sprawą dokonało się drugie odnowienie tej szacownej uczelni.
-   Proszę o więcej pokory w stwierdzeniach. Ale faktem jest, że gdy w roku 1999 zostałem rektorem UJ, wiedziałem, iż powinienem przeprowadzić Uniwersytet przez jubileusz 600-lecia jego odnowienia. Nie ukrywam, że moim zamiarem od początku nie było samo świętowanie. Mieliśmy ogromne potrzeby lokalowe, UJ wynajmował w tym okresie ok. 17 tys. metrów kw. w różnych rejonach miasta. Jubileusz, do którego starannie się przygotowywaliśmy, miał być kolejnym w historii ale pierwszym organizowanym w wolnej Polsce (w roku 1864 władze austriackie nie zgodziły się na obchody jubileuszowe na większą skalę; niewielkie rozmiary miał także jubileusz UJ zorganizowany w 1900 roku; w 1964 roku jubileusz był w dużej mierze imprezą o charakterze politycznym). Jubileusz roku 2000 miał pokazać wszystkim nasz ogromny dorobek i potencjał. Myślę, że cel został spełniony. W pewnym sensie jubileusz wprowadził Uniwersytet na arenę światową, skoro tylko w ciągu jednego roku gościliśmy w naszych murach przeszło 440 rektorów z całego świata.
Po przeprowadzeniu obchodów uznaliśmy, że przyszła pora zbierania owoców. I tak pewnego dnia w moim gabinecie rektorskim, w czasie dyskusji z dwoma ówczesnymi posłami: Stanisławem Kracikiem i Kazimierzem Barczykiem, zrodził się pomysł, aby wystąpić do Sejmu z inicjatywą ustawodawczą, której celem było zapewnienie środków na dalszy rozwój uniwersytetu. Przeszkody były ogromne – w Komitecie Społecznym Rady Ministrów, w Komitecie Ekonomicznym tejże Rady, w Komisjach sejmowych, w Senacie...
 
Dzięki jednak nieocenionej pomocy wzmiankowanych posłów, którzy znaleźli wsparcie u wielu innych polityków (ważną rolę odegrała w tym wypadku p. Teresa Kamińska, ówczesny szef Kancelarii premiera Jerzego Buzka) a także moich najbliższych ówczesnych współpracowników: prorektora Wojciecha Froncisza i dyrektora administracyjnego UJ – dra Tadeusza Skarbka, przeszkody te udało się pokonać. Chwytliwym okazało się hasło „600 milionów na 600-lecie”. Dzięki tej ustawie z kwietnia 2001 roku powstał zrąb III Kampusu UJ. Kontynuację prac zapewnia kolejne 300 milionów, których nam wówczas zabrakło, a które ostatnio wywalczył dla UJ rektor Karol Musioł.
 
Ale skoro mówimy o nowych inwestycjach UJ z przełomu XX-XXI w., nie zapominajmy, że zaczęło się od rozbudowy Biblioteki Jagiellońskiej, która pękała w szwach. Trzeba było wiele uporu, pokonania przeszkód nie tylko w Warszawie, aby doprowadzić do owej rozbudowy. W tym czasie powstało również Auditorium Maximum, obiekt o charakterze konferencyjnym, jakiego uczelnia do tej pory nie posiadała.
 
- Dzisiaj Auditorium Maximum znakomicie zarabia nie tylko na siebie…
- O ile wiem, obiekt ten jest obłożony rezerwacjami na kilka lat. Ale i ta inwestycja miała licznych oponentów, również na uniwersytecie, o czym od czasu do czasu przypominają mi znajomi. Myślę jednak, że czas pozytywnie zweryfikował trafność wyborów inwestycyjnych dokonanych w okresie wielkiego jubileuszu. Uniwersytet Jagielloński jest dziś uczelnią bardzo dobrze przygotowaną do podjęcia wyzwań, jakie stawia przed nim współczesność. Cieszę się też, że systematycznie w rankingach zajmuje I miejsce wśród wszystkich uczelni w Polsce. Bo rzeczywiście jest perłą w koronie polskiej nauki i polskiej historii.

Rozmawiał: Janusz Michalczak                       


1410 - 1910 - 2010. Ignacy Paderewski, honorowy brat kurkowy

Pomnik Grunwaldzki - wielkie dzieło Ignacego Paderewskiego, oraz wydarzenia, które głęboko zapadły w narodową pamięć

 
Ignacy Paderewski, światowej rangi wirtuoz i kompozytor, jest jednym z najwybitniejszych Polaków, którego zasługi dla bytu państwowego są trudne do przecenienia. Należał do grona tych wielkich postaci, które odegrały kluczową rolę dla odzyskania niepodległości.
 
 
 
 
Po wybuchu I wojny światowej zaczął prowadzić szeroko zakrojoną działalność dyplomatyczną na rzecz Polski i Polaków, wykorzystując swą popularność na Zachodzie. M.in. zbierał fundusze na pomoc ofiarom wojny i był jednym ze współzałożycieli komitetów pomocy Polakom w Paryżu i Londynie. W roku 1915 założył wraz z Henrykiem Sienkiewiczem w Vevey Szwajcarski Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Tego samego roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie kontynuował swą działalność. Przed każdym ze swoich występów przemawiał na temat postulowanej przez niego niepodległości Polski.
 
 
Niezłomny patriota i dyplomata
 
W krótkim czasie udało mu się zbliżyć do doradcy prezydenta Wilsona, Edwarda House'a. Później spotkał się z samym prezydentem, któremu w styczniu 1917 przekazał memoriał na temat Polski. Być może z tego powodu sprawa niepodległości naszego kraju znalazła się w słynnych 14 punktach Wilsona. W sierpniu 1917 został przedstawicielem na USA Komitetu Narodowego Polskiego z Romanem Dmowskim na czele.
Po powrocie do kraju Józefa Piłsudskiego i powierzeniu przez niego misji formowania rządu Jędrzejowi Moraczewskiemu, również i Paderewski powrócił do Polski. 25 grudnia 1918 pojawił się w Gdańsku, skąd następnie udał się do Poznania. Jego przybycie do stolicy Wielkopolski i entuzjastyczne przywitanie stało się impulsem do wybuchu zakończonego sukcesem powstania. Po przyjeździe do Warszawy, Paderewski spotkał się z Piłsudskim i podjął się roli mediatora pomiędzy nim a obozem Dmowskiego. 16 stycznia 1919 został premierem, pełniąc również funkcję ministra spraw zagranicznych.
Wraz z Romanem Dmowskim reprezentował Polskę na konferencji w Paryżu, zakończonej podpisaniem traktatu wersalskiego, kończącego I wojnę światową. W tym czasie wsparł gen. Tadeusza Rozwadowskiego w jego planach tworzenia Legionu Amerykańskiego, który miał walczyć w Polsce z bolszewikami. W wyniku tych działań powstała polsko-amerykańska Eskadra Lotnicza im. Tadeusza Kościuszki. Paderewskiemu nie udało się zrealizować wszystkich założeń strony polskiej, jednak dał się poznać jako sprawny negocjator i dyplomata. Pomimo tego jego bezpartyjny rząd był krytykowany w kraju zarówno przez lewicę, jak i prawicę.
 
Pomnik króla Władysława Jagiełły
 
W Krakowie znajduje się wielki monument będący świadectwem głębokiego patriotyzmu i hojności Ignacego Paderewskiego. Jest nim wykonany w roku 1908, na zlecenie wirtuoza, przez rzeźbiarza Antoniego Wiwulskiego pomnik upamiętniający zwycięstwo wojsk polskich w bitwie pod Grunwaldem. Monument ten został odsłonięty w roku 1910 w Krakowie, w obecności ponad 150 tys. osób. (miasto miało wówczas 160 tys. mieszkańców). Paderewski wygłosił wtedy przemówienie o wymowie niepodległościowej. Padły w nim słowa: "Dzieło na które patrzymy nie powstało z nienawiści. Zrodziła je wielka głęboka miłość Ojczyzny nie tylko w jej minionej wielkości, lecz i w jej jasnej, silnej przeszłości. Zrodziła je miłość dla tych przodków naszych co nie po łup, nie po zdobycz szli w walki pole, ale w dobrej, słusznej sprawie zwycięskiego dobyli oręża".
Szczególnie mocno zabrzmiały słowa Stanisława Badeniego, dwukrotnego marszałka krajowego Galicji (1895-1901 i 1903-1912), który - przypomnijmy - uzyskał zwrot Wawelu od armii austriackiej: "Gdybyśmy byli dziś narodem szczęśliwym, w pełnym rozwoju niezawisłego bytu państwowego, moglibyśmy przenosząc się w pięciowiekową przeszłość oddać się wyłącznie usprawiedliwionym uczuciom radości i chwały. Lecz ciężkie i groźne położenie naszego narodu wkłada na nas równocześnie obowiązek poważnego sumiennego skupienia ducha, szukania na podstawie wspomnień i przykładów przeszłości dróg, któryby nas do lepszej przyszłości wiodły".
Obchody 500. rocznicy bitwy pod Grunwaldem trwały trzy dni. 17 lipca 1910 roku bracia podejmowali w swej siedzibie gości przybyłych na uroczystości grunwaldzkie. Jak pisze dr Klemens Bąkowski, (1860-1938), prawnik, znakomity adwokat, znawca i badacz dziejów, wymowna cisza zapadła, gdy po serii toastów, wygłaszanych przez różne osoby, głos zabrał sam Ignacy Paderewski. "Ból narodu zorał nam głęboko duszę, ale piołunem nienawiści nas nie skalał. Nienawiść - to podnieta krzywdzących, narzędzie ciemiężców, myśmy prawdziwie do roli tych nie zeszli. Myśmy nikogo nie krzywdzili, ani ciemiężyli, myśmy praw krzywdzących przeciwko nikomu nie kuli".
 
Honorowy brat kurkowy
 
Kończąc swą wypowiedź Paderewski stwierdził: "Komu żywiej nie zabiło serce podczas dzisiejszych ćwiczeń sokolich, w tym nie płynie krew polska, ale kto uczuł drgnienie serca w tym momencie, ten uwierzy w pomyślną przyszłość Za tę pomyślną przyszłość wychyla mówca toast z wiarą w jego urzeczywistnienie".
Wystąpienie to wzbudziło wielki entuzjazm obecnych i mocno zapadło w pamięć krakowskich braci kurkowych. Toteż już kilka miesięcy później, gdy I. Paderewski zgłosił gotowość wstąpienia do bractwa, podjęto 19 października 1910 uchwalę o zamianowaniu artysty członkiem honorowym Towarzystwa Strzeleckiego. Formalna uchwala w tej sprawie zapadła 6 listopada 1910, podczas obrad Walnego Zgromadzenia TSK.
 
Losy wielkiego artysty
 
Ignacy Paderewski przyszedł na świat w Kuryłówce na Podolu w 1860 r. Matka, Poliksena z domu Nowicka, córka Zygmunta, filomaty i przyjaciela Adama Mickiewicza, zmarła wkrótce po jego narodzinach. Jedynym opiekunem Ignacego i jego starszej siostry Antoniny był ojciec, uczestnik powstania styczniowego, który za udział w nim odbył karę roku więzienia w Kijowie. Rodzice Paderewskiego pochowani zostali w Żytomierzu. W tym czasie małym Paderewskim opiekowała się ciotka. Duży wpływ na jego wychowanie wywarł były powstaniec listopadowy Michał Babiński. Zajmował się on nauczaniem dziecka historii, geografii, języka francuskiego i literatury polskiej. Młody Paderewski od dzieciństwa przejawiał uzdolnienia muzyczne, początkowo grając na starym rodzinnym fortepianie.
W latach 1872-1878 zdobył wykształcenie w warszawskim Instytucie Muzycznym, noszącym od 1919 nazwę Konserwatorium Warszawskie. Po ukończeniu tej szkoły Paderewski utrzymywał się grając na przyjęciach, komponując i wykonując własne utwory, a także udzielając lekcji gry. W 1880 poślubił Antoninę Korsakównę. Pomimo zachwytów otoczenia, sam twierdził, iż musi jeszcze wiele się nauczyć - przez to potrafił ćwiczyć nawet po 12 godzin dziennie. W 1881, po śmierci żony (która pozostawiła go z kalekim kilkumiesięcznym synem Alfredem), wyjechał doskonalić swój warsztat do Berlina.
W Krakowie Paderewski spotkał m.in. słynną polską aktorkę Helenę Modrzejewską. Ta zafascynowana jego talentem umożliwiła mu spektakularny debiut i podarowała mu pokaźną sumę pieniędzy. Za tę kwotę mógł kontynuować naukę w Wiedniu pod kierownictwem Teodora Leszetyckiego. Jego mistrz polecił go później na posadę nauczyciela gry na fortepianie w Strasburgu. Pierwszy większy sukces odniósł debiutując jako pianista w 1887, a w 1888 odbył się jego pierwszy duży koncert w Paryżu. Tam też spotkał i zaprzyjaźnił się z kompozytorem Camille'em Saint-Saënsem.
Później przez pewien czas przebywał w Londynie, gdzie koncertował między innymi przed samą królową Wiktorią. Wielkim sukcesem okazało się jego pierwsze tournée po Stanach Zjednoczonych w latach 1891-1892, na które Paderewski zmuszony był się udać z powodu kłopotów finansowych. Na stałe zamieszkał w USA. Zyskał ogromną popularność, nazywany był największym ze wszystkich, mistrzem, królem pianistów, czarodziejem klawiatury.
W roku 1922 wyjechał ponownie do USA, gdzie powrócił do koncertowania. Za odbycie trasy koncertowej po Stanach udało mu się zarobić 500 tys. dolarów, sumę jak na owe czasy astronomiczną (Ignacy Paderewski należał wówczas do grona najbogatszych ludzi świata).
Później zajął się także działalnością charytatywną (w roku 1932 na występ Paderewskiego w Madison Square Garden przybyła rekordowa liczba widzów - 16 tys., a dochód z tego koncertu artysta przeznaczył na bezrobotnych amerykańskich muzyków). W tym czasie otrzymał wiele tytułów i odznaczeń, m.in. tytuł lordowski od brytyjskiego monarchy Jerzego V.
 
Jeden z największych "duchów przewodnich"...
 
Po śmierci Piłsudskiego w roku 1935 Paderewski współtworzył tzw. Front Morges. Organizacja ta, opozycyjnie nastawiona wobec polskiego reżimu autorytarnego, miała charakter centroprawicowy, a jednym z jej głównych założycieli był generał Władysław Sikorski. Front Morges domagał się demokratyzacji życia politycznego w kraju, ale również postulował wybór Paderewskiego na prezydenta Polski.
Po wybuchu II wojny światowej, Paderewski wszedł w skład władz Polski na uchodźstwie. Został przewodniczącym Rady Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie, która stanowiła substytut Sejmu na emigracji. W 1940 wyjechał ponownie do USA, aby tam znów prowadzić działalność niepodległościową. W 1940, mimo podupadającego zdrowia, udał się raz jeszcze do USA, by działać na rzecz Polski. Spowodował między innymi uzyskanie przez rząd Sikorskiego kredytów na uzbrojenie polskich sił zbrojnych na Zachodzie.
Zmarł 29 czerwca 1941 w Nowym Jorku. Następnego dnia premier Rządu RP na uchodźstwie i Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski wydał rozkaz nr 11, w którego ostatnich słowach napisał: "Naród polski okryty głęboką żałobą po pamięci I. J. Paderewskiego traci z Jego odejściem od nas na zawsze jednego z największych swych duchów przewodnich. Cześć Jego pamięci! Rozkaz niniejszy odczytać przed frontem oddziałów i na pokładach okrętów Rzeczypospolitej Polskiej".
 
 
Prof. Czesław Dźwigaj
Janusz Michalczak
 


Ozdobny dyplom podarowany Ignacemu Paderewskiemu podczas uroczystości na Celestacie. Autorem tekstu jest pisarz Lucjan Rydel, a oprawy graficznej - malarz Stanisław Tondos


Śp. gen. brygady o. Adam Studziński, kapelan spod Monte Cassino, brat honorowy krakowskiego Kurkowego


Kontynuacja dziejów oręża


Rozmowa z ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem, bratem honorowym krakowskiego Bractwa Kurkowego

 

- Bardzo często w oficjalnych wypowiedziach podkreśla Pan znaczenie krakowskiego Bractwa Kurkowego, jako organizacji ściśle współpracującej z rozmaitymi formacjami Wojska Polskiego. O tym, że nie jest to tylko deklaracja, świadczą choćby ostatnie uroczystości święta 2. Korpusu Zmechanizowanego, zorganizowane wspólnie z krakowskimi braćmi kurkowymi, w których poza Panem uczestniczyli najwyżsi przedstawiciele generalicji - dowódcy kluczowych formacji.
- Tak, to nie są jedynie deklaracje z mojej strony. Bractwo Kurkowe od dawna należy do wojskowego pejzażu Krakowa. Od prawie czterech lat, od kiedy jestem ministrem obrony narodowej, współpraca ta nabrała dodatkowego znaczenia. Jestem dumny z faktu, iż powierzono mi godność honorowego brata kurkowego, dzięki czemu wiem na bieżąco, co nowego w bractwie i jakie ma plany. Pragnę zwrócić uwagę, na niebagatelne znaczenie bractwa dla kultywowania tradycji patriotycznych. Im więcej jest takich działań na różnych polach, tym większe korzyści dla miasta i kraju.
- W swoim życiu dokonywał Pan licznych wyborów. Jednym z nich była rezygnacja z wyuczonego zawodu lekarza, kosztem ryzykownej w swoim czasie działalności publicznej, którą rozpoczął Pan już w szkole średniej.
- W tym roku mijają 33 lata... To szmat czasu. W ciągu tych długich lat zmieniło się praktycznie wszystko. Polityka w PRL, gdy rozpoczynałem swoją działalność publiczną, była dziedziną niedostępną dla młodych ludzi wychowanych w tradycji niepodległościowej i pragnących dochować wierności swym poglądom. Zacząłem stosunkowo wcześnie, w roku 1978 - miałem wtedy 18 lat - w 60. rocznicę odzyskania niepodległości. Pamiętam, że właśnie wtedy nawiązaliśmy z gronem znajomych kontakt ze Studenckim Komitetem Solidarności, rozpoczynając pasjonującą, życiową przygodę z opozycją.
Pierwszy raz zostałem "namierzony" przez bezpiekę w listopadzie 1978 roku, co pokazują akta znajdujące się w Instytucie Pamięci Narodowej. Początki te związane są z przygotowaniami w naszym Liceum B. Nowodworskiego wystawy "Drogi do wolności", oficjalnej, ale jak się okazało - z nieprawomyślnymi po części eksponatami, co stwierdziła cenzorka tej ekspozycji. Cały ten czas, pomiędzy rokiem 1978 a 13 grudnia 1981, pamiętam jako najpiękniejszy, "gwiezdny" - jak go nazywam - okres w moim życiu, który zapewne już nigdy się nie powtórzy. Te trzy lata dały mi najwięcej i ukształtowały na całe życie. A zwłaszcza Sierpień, gdy działalność opozycyjna eksplodowała masowym ruchem "Solidarności", co potraktowaliśmy jako spełnienie naszych marzeń o wolności. Dzięki temu znalazłem się w gronie założycieli Niezależnego Zrzeszenia Studentów Akademii Medycznej i zostałem wybrany do Rady Krajowej NZS. A potem przyszedł stan wojenny...
- Był Pan internowany...
- Trafiłem do obozu internowania w Załężu, potem kilka miesięcy aresztu na Montelupich. Następnie czas podziemia... W 1989 roku stanąłem przed zasadniczym pytaniem, czy zająć się działalnością publiczną czy medycyną, którą ukończyłem w 1987 roku. Uznałem, że nie uda się robić obu tych rzeczy jednocześnie. Albo będę koncentrował się na pacjencie, poświęcając mu się całkowicie, albo - na działalności publicznej i sprawach istotnych dla Polski. Z domu wyniosłem etos dobrego wykonywania swojej pracy. Ostatecznie decyzję o rezygnacji z wykonywania zawodu lekarza podjąłem w roku 1993.
- Przełomowym wydarzeniem, związanym z tą datą, było zapewne powołanie przez Pana do życia Międzynarodowego Centrum Rozwoju Demokracji. Skąd taka decyzja?
- W młodości dużo czytałem o Stanach Zjednoczonych. Jedną z najbardziej inspirujących lektur była dla mnie książka Alexisa de Tocqueville'a "O demokracji w Ameryce", napisana w XIX wieku, w której autor opisywał specyfikę młodej jeszcze amerykańskiej demokracji. O tym, jak demokracja ta funkcjonuje w rzeczywistości, mogłem przekonać się podczas pobytów w USA, których organizatorem była USIA. Byłem tam dwukrotnie. Tematem pierwszego stażu były media, drugiego zaś - polityka amerykańska. Zorientowałem się wówczas, iż jednym z fundamentów demokracji w USA jest niezwykła zdolność ludzi do samoorganizowania się, często ad hoc, w postaci grup zadaniowych, fundacji i stowarzyszeń, w oparciu o chęć działania na rzecz dobra wspólnego, bez jakichkolwiek profitów. Pomyślałem wówczas, że warto byłoby w Krakowie stworzyć instytucję, która zajmowałaby się sprawami międzynarodowymi, do czego Kraków jest szczególnie predestynowany, bo jest miastem o międzynarodowym znaczeniu. I tak powstało Międzynarodowe Centrum Rozwoju Demokracji.
- Instytucja ta z czasem przekształciła się Instytut Studiów Strategicznych, nabierając większego znaczenia.
- Stało się tak, gdyż mieliśmy coraz więcej pracy eksperckiej. Centrum rozpoczynało od konferencji poświęconych miejscu Polski w świecie, szybo jednak okazało się, że oczekiwania wobec nas są dużo poważniejsze, dotyczą publikacji, ekspertyz, a z czasem także książek. Dlatego MCRD przekształciło się w Instytut Studiów Strategicznych, który skoncentrował się na trzech obszarach działania - integracji europejskiej, polityce bezpieczeństwa i obrony oraz polityce wschodniej.
- Polem do zdobycia szerszych doświadczeń była Pana praca w Parlamencie Europejskim.
- Najpierw jednak zostałem wiceministrem obrony w latach 1999-2000, odpowiadającym za wojskową współpracę międzynarodową. Był to fantastyczny czas, związany z pierwszymi rozstrzygnięciami po przystąpieniu Polski do struktur NATO. Miałem tę satysfakcję, że podobnymi kwestiami zajmowałem się wcześniej w instytucie. Moje przejście do Ministerstwa Obrony Narodowej było w związku z tym płynne. W polskim Sejmie byłem wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych i pracowałem w Komisji Obrony Narodowej.
Europarlament to z kolei najszersze europejskie forum, zajmujące się polityką międzynarodową, gdzie wchodziły w rachubę wszystkie bieżące tematy, począwszy od Białorusi i Ukrainy po współpracę z USA. Byłem przewodniczącym komisji ds. współpracy z Białorusią oraz członkiem komisji, która zajmowała się współpracą europarlamentu ze Stanami Zjednoczonymi.
- Jedną z kluczowych była, podjęta przez Pana w ostatnich latach, decyzja o profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP.
- Nie ma innej drogi, jeśli nasz kraj ma odgrywać międzynarodową rolę. Nawet Niemcy rozpoczęły w tym roku szeroki program uzawodowienia armii. Mniejsze kraje mają ten proces już za sobą, jest im łatwiej wdrażać tak skomplikowaną procedurę. Polska jest takim państwem, które w regionie środkowoeuropejskim odgrywa na tyle znaczącą rolę, że nie mogła sobie pozwolić na to, aby jej armia była niezawodowa.
Pytanie postawione na początku dotyczyło tego, jak głęboko i jak szybko reorganizować nasze siły zbrojne. Odpowiedź została udzielona już w lutym 2008 roku. Uznaliśmy, że profesjonalizację sił zbrojnych należy przeprowadzić jak najszybciej oraz jak najgłębiej. Rozciąganie uzawodowienia na kilka lat rozmyłoby cały proces, a ograniczanie się tylko do likwidacji przymusowego poboru oznaczałoby, że nowa armia zawodowa będzie chodziła w starych, przetartych butach.
Program, który przedstawiłem rządowi latem roku 2008, mówił o przeprowadzeniu profesjonalizacji w dwa lata, zniesieniu przymusowego poboru, a także zmianie podstawowych systemów wojska: wyżywienia, zakwaterowania, naboru, szkolenia, pozyskiwania sprzętu wojskowego, uzupełnień i rezerw osobowych. Oznaczało to faktycznie rewolucję w armii.
- Taka decyzja pociąga za sobą określone skutki dotyczące wydatkowania znacznych kwot, których nigdy w polskich siłach zbrojnych nie było wiele.
- Zdecydowaliśmy się na przeorganizowanie struktur Wojska Polskiego po to, żeby 100 tys. żołnierzy mogło mieć większy potencjał bojowy. Profesjonalizacja zakończyła się w ubiegłym roku i kosztowała 3,5 mld złotych. Rok bieżący to czas modernizacji technicznej. Rząd przyjął budżet, który pozwala przyspieszyć rozwój techniki wojskowej. W ubiegłym roku wydaliśmy na wojsko 25 mld złotych, w tym planujemy wydać 27,3 mld, a w przyszłym - 29, 3 mld złotych. Rok temu na modernizację techniczną poszło 5,78 mld, teraz - 6,5 mld, a w przyszłym roku wydamy 7,7 mld złotych.
- Jednym z fundamentów uzawodowionej armii są Narodowe Siły Rezerwowowe. Jak postrzega Pan ich rolę?
- Przyjęliśmy założenia, że armia zawodowa musi mieć rezerwę, ale nie taką pasywną, która występuje bardziej w kartotekach niż w rzeczywistości, lecz taką, która jest rezerwą czynną, mającą określoną wartość bojową. Stąd powołanie Narodowych Sił Rezerwowych, które stanowią uzupełnienie wojska zawodowego w jednostkach sił zbrojnych Rzeczypospolitej.
- Istotne znaczenie ma współpraca Polski ze Stanami Zjednoczonymi, o czym była mowa również podczas niedawnej wizyty prezydenta Baracka Obamy. Czy daje ona w Pana ocenie większe gwarancje bezpieczeństwa naszego kraju?
- Mamy stabilną, sojuszniczą współpracę z Amerykanami. Rozwijamy ją konsekwentnie, obejmując coraz to nowe obszary współdziałania. Takim nowym fundamentalnym zdarzeniem, które najpierw miało charakter dwustronny, polsko-amerykański, a od listopada ub. roku - ma charakter wielostronny, czyli natowski, jest tarcza antyrakietowa. Amerykańskie zobowiązania wobec Polski mówiące, że do roku 2018 na terytorium naszego kraju zostanie umieszczony system antyrakietowy, zostały wpisane w europejski system sojuszniczy NATO. Po drugie, od ub. roku stacjonują u nas okresowo żołnierze amerykańscy obsługujący zestawy rakiet Patriot, co pozwala szkolić polskich przeciwlotników. Szkoleniowy charakter będzie miała również obecność od 2013 roku załóg amerykańskich samolotów F 16 i Hercules, którzy odbywać będą z naszymi lotnikami wspólne ćwiczenia.
Kraków w tych zamierzeniach odgrywa także niemałą rolę. Tutaj właśnie podpisałem w lutym roku 2009, z sekretarzem obrony USA Robertem Gatesem, porozumienie o współpracy naszych wojsk specjalnych, które zaowocowało wieloma wspólnymi ćwiczeniami - wśród nich największymi, międzynarodowymi "Jackal Stone" z udziałem Polaków, Amerykanów oraz przedstawicieli kilku innych krajów NATO.
Całkiem zaś niedawno, właśnie w Krakowie, odbyła się konferencja z udziałem dowódców sił specjalnych z krajów natowskich, poświęcona przyszłości tych formacji. Ich rola, w mojej ocenie, będzie rosnąć z każdym rokiem. Ostatnie 20-lecie pokazało, że w świecie pojawiają się nowe zagrożenia, do zwalczania których należy dostosować nasz potencjał obronny. Jest to zarówno terroryzm, jak i pojawiające się ataki w cyberprzestrzeni, które mogą dotyczyć banków, firm, jak i krajowych systemów informatycznych, a zatem uderzać bezpośrednio w państwo. Na te zagrożenia musimy być bezwzględnie przygotowani.
Rozmawiał: Janusz Michalczak


Najważniejsza jest zmiana mentalności...


Rozmowa z gen. dywizji dr. JERZYM BIZIEWSKIM, dowódcą 2. Korpusu Zmechanizowanego w Krakowie, honorowym bratem kurkowym
 
- Czy w Pana przypadku o wyborze profesji zdecydowały tradycje rodzinne, czy może jakieś inne motywy?
- Miałem świadomość, że jest to trudny zawód. Mój ojciec był dowódcą batalionu rozpoznawczego, a następnie szefem sztabu pułku czołgów i ośrodka szkoleniowego. Widziałem, jak ciężko pracuje od rana do nocy i jak poważne obciążenie stanowią dla niego ćwiczenia i poligony, których jeszcze jako chłopiec byłem kilkakrotnie uczestnikiem. Ojciec był dla mnie punktem odniesienia i myślę dzisiaj, biorąc pod uwagę takie jego cechy, jak: odpowiedzialność, pracowitość, rzetelność i terminowość - iż stanowił dla mnie wzór. Prawdopodobnie, gdyby był np. inżynierem budownictwa, być może wybrałbym ten niezwykle ciekawy zawód, tym bardziej że ukończyłem technikum budowy dróg i mostów. Przeważyło zainteresowanie wojskiem, choć ojciec zwracał mi uwagę, że nie powinienem zdążać jego drogą, gdyż kryje się za nią trudne życie i nie najlepszy pieniądz.
- Trafił Pan do Wrocławia...
- Tak, do Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych. Mieszkałem z rodzicami najpierw w Pile, a później w Giżycku i to była spora odległość do pokonania. O wyborze profesji zdecydowało chyba jednak przykład ojca.
- Stawiał Pan sobie trudne zadania. W Krakowie zaskoczyła nas informacja, że włada Pan biegle językiem duńskim. Czy umiejętność tę zdobył Pan przy okazji kontaktów wojskowych?
- Moja znajomość języka duńskiego jest rezultatem współpracy nawiązanej przez ministra obrony Janusza Onyszkiewicza w okresie, kiedy stawaliśmy się członkiem NATO. Otwarto wówczas program o nazwie Partnerstwo dla Pokoju. Otóż, w relacjach bilateralnych kraje NATO proponowały edukację polskim oficerom. Jestem beneficjentem jednego z takich programów, w którym Dania zobowiązywała się, że przyjmie oficera na kurs - najpierw języka, a później - strategiczno-operacyjny. Trafiłem na studia podyplomowe, które odbywały się na zasadzie wymiany, gdzie na podobnych zasadach przebywał w Polsce oficer duński. Były tam postawione pewne warunki wiekowe, a także wymagania związane z posiadanym stopniem i pełnioną funkcją. O udział w kursie mógł się ubiegać oficer służący uprzednio na stanowisku dowódcy batalionu. Ważna była też dobra znajomość angielskiego.
I tak znalazłem się w Danii, gdzie oczywiście językiem wykładowym był duński. W efekcie trzynaście miesięcy spędziłem na nauce tego pięknego języka w dwóch bardzo porządnych ośrodkach. Jeden z nich kładł nacisk na język literacki, i w nim przebywałem do południa. Wieczorem z kolei uczyłem się w ośrodku specjalizującym się w terminologii wojskowej. Późne wieczory i wczesne ranki pozostawały na wykonanie zadań domowych i powtórkę materiału. Mieszkałem po 6 miesięcy u dwóch duńskich rodzin, co pozytywnie wpłynęło na wyniki kursów. Poznawałem przy tym nie tylko język, ale również kulturę i historię tego kraju, nawiasem mówiąc, bardzo ciekawą, a także ludzi. Interesujące były również same studia połączone z wyjazdami do struktur NATO-wskich i Unii Europejskiej oraz ministerstw obrony, dowództw i uczelni wojskowych w Wlk. Brytanii, Francji, Niemczech, Polsce, Czechach i na Litwie. W Polsce studia tego typu są bardziej stacjonarne, a w Danii - mobilne.
- Wykorzystuje Pan na co dzień zdobytą w Danii wiedzę?
- O tak, wydaje mi się, że procentuje ona w sposób wyrazisty. Uważam, że była to bardzo dobra inwestycja obu państw w człowieka, co mówię nie myśląc jedynie o sobie, bowiem byłem jedynie częścią większego projektu. Zdobyta w Danii wiedza procentuje każdego dnia, zarówno w kwestii metodologii rozwiązywania problemów o znaczeniu strategiczno-operacyjnym, jak i znajomości procedur postępowania w sytuacjach kryzysowych, postrzegania swojego miejsca w strukturze wojska, organizacji działania podległych struktur, a nawet zarządzania zasobami ludzkimi, ze szczególnym naciskiem na indywidualizację podejścia do podwładnych.
- Rozmawiamy głównie o kwestiach szkoleniowych. Czy Pan Generał w toku swojej służby miał do czynienia z działaniami wojennymi?
- Miałem, i nie miałem. Nie wiem, jak to określić. Przebywałem w strefie wojennej, ale bezpośrednio nikt do mnie nie strzelał chociaż kilkakrotnie atakowane były bazy w których przebywałem. Nigdy na zdarzyło mi się trafić na podkładane przy drogach improwizowane ładunki wybuchowe, choć do zdarzeń takich dochodziło kilkakrotnie kilkanaście minut wcześniej lub później z udziałem innych osób. Byłem pięć razy w Afganistanie, gdzie m.in. dowodziłem II zmianą Polskiego Kontyngentu Wojskowego. Wcześniej przebywałem tam w trakcie krótkich 1-2-tygodniowych podróży służbowych mających na celu rozpoznanie możliwości zaangażowania i lokalizacji naszych sił najpierw na północy kraju (Mazar-e-Shariff), a później we wschodniej jego części (Bagram, Kabul, Sharana, Gardez). Uczestniczyłem również w roku 1997 w negocjacjach zwaśnionych stron w Bośni - Hercegowinie (Pale) jako delegat OBWE.
- Myślę zatem, że Pan to doświadczenie miał...
- Tak, naturalnie, myślę, że miałem (mój rozmówca śmieje się - autor). W Holandii, gdzie przebywałem przez pewien czas, służyłem na stanowisku tzw. movera, który koordynował przerzuty sił wojsk NATO na teatry działań. W pierwszych latach mojej pracy (2002-2003) mieliśmy do czynienia wyłącznie z ćwiczeniami (Turcja, Norwegia) oraz w niewielkim wymiarze z działaniami wojennymi w Iraku. Od połowy roku 2003 rozpoczęło się planowanie przerzutów sił i środków do Afganistanu.
Bardzo dużo się wtedy nauczyłem. W moim zespole były 22 osoby, zarówno pracownicy cywilni, jak i wojskowi, w tym jeszcze jeden Polak. Praca ta wymagała dyscypliny, wynikającej choćby z faktu, że dysponowałem ogromnym budżetem i podpisywałem umowy z przedstawicielami państw, organizacjami oraz firmami, które w ramach organizowanych przerzutów dostarczały siły i środki w zapalne punkty świata.
Transport odbywał się drogą lotniczą i morską. W 2003 roku rozpoczęła się operacja NATO w Afganistanie i moje dowództwo - Joint Force Command Brunssum - stało się odpowiedzialne za jej realizację. Mogę panu pokazać jako swoistą ciekawostkę koncepcję planowanych przerzutów w formie odręcznego rysunku, nakreślonego przeze mnie "ad hoc" w trakcie jednej z pierwszych narad, która - dzisiaj rysunek ten jest oprawiony i stanowi jedną z najcenniejszych moich pamiątek - została zrealizowana w takim kształcie, jak to naszkicowałem, analizując uwagi uczestników narady.
- Było to zatem działanie w globalnej skali...
- Zasięg i skala operacji afgańskiej są ogromne. Znaczne odległości macierzystych państw od baz rozlokowanych w Afganistanie, klimat, niezwykle trudne warunki terenowe, zagrożenie, różnice czasowe, mnogość podmiotów zaangażowanych w operację wpływały na sposób realizacji zadań. Czasami, w ciągu tygodnia koordynowaliśmy przerzuty ładunków i ludzi w ten rejon świata za pomocą kilku lub kilkunastu samolotów dużej nośności. Ponadto dochodziła jeszcze nitka morska
- Proszę powiedzieć, jak czuje się Pan w takim razie na stanowisku dowódcy 2. Korpusu Zmechanizowanego w pięknym co prawda, ale niewielkim Krakowie?
- Czuję się świetnie. Bardzo lubię ćwiczenia, które zawsze były moim żywiołem. Jako żołnierz albo byłem ćwiczony, albo ćwiczyłem innych. Dowództwo 2. KZ reprezentuje wysoki poziom profesjonalizmu. Kilka razy w roku wykonujemy zadania szkoleniowe z różnymi związkami taktycznymi z całej Polski. I w ich pracy również dostrzegam podobnie poważne podejście do problematyki szkoleniowej. Również w Krakowie mamy kilka bardzo dobrych jednostek - należy do nich bez wątpienia 6. Brygada Powietrznodesantowa, z której większość żołnierzy kilkukrotnie brała udział w różnego rodzaju misjach. Są też świetne Wojska Specjalne, przyjmujące często najtrudniejsze zadania do wykonania w Afganistanie. Na uwagę zasługuje efektywnie pracująca 8. Baza Lotnictwa Transportowego. Są to jednostki z którymi współpracujemy i szkolimy się. Dowództwo Korpusu ma szczególną rolę. Jesteśmy częścią wojsk lądowych, planujemy operacje i ćwiczymy je ze sztabami, a 1-2 razy w roku z wojskami, co pozwala na ocenę przyjętych koncepcji działań i sprawdzenie wybranych systemów walki.
To są czasami skomplikowane przedsięwzięcia, szczególnie w przypadku dowództw i wojsk działających na dużych przestrzeniach i oddalonych od siebie o dziesiątki, a zdarza się nawet, że i setki kilometrów. W takich warunkach występuje konieczność skrupulatnego planowania wyprzedzającego, sprawnego organizowania działań oraz synchronizacji przedsięwzięć kilku związków taktycznych różnych rodzajów sił zbrojnych. Zgrywanie systemu dowodzenia jawi się jako najczulszy element. I dlatego tak ważna jest rola 2 KZ. W tym roku mamy 11 treningów i ćwiczeń, co jest dużym wysiłkiem. Tym bardziej, iż część z nich odbywa się w innych częściach Polski. Na zewnątrz tego nie widać - jest, wydawałoby się, cichutko i spokojnie.
- Czyli wojsko to dzisiaj głównie planowanie i logistyka...
- Wojsko się zmieniło. Strzelania jest w nim, w mojej ocenie - 1 proc., ale aby celnie trafić, trzeba wykonać wcześniej 99 proc. innych działań związanych z rozmaitymi formami odpowiedzialności, od szkolenia podstawowego począwszy poprzez logistykę, aż po posunięcia informacyjne. Ponadto należy zaznaczyć, iż 2. Korpus Zmechanizowany przygotowuje certyfikacje dowództw polskich kontyngentów wojskowych wyjeżdżających do Afganistanu. W tym celu organizujemy ćwiczenia BAGRAM w Centrum Szkolenia w Kielcach. Korzystamy tam z najnowocześniejszych systemów komputerowych odwzorowujących szczegółowo sytuację taktyczną w prowincji GHAZNI we wszystkich jej wymiarach: bezpieczeństwa, zarządzania prowincją, jej rozwoju itp. Niezwykle realistyczne scenariusze pozwalają dowództwom kontyngentów i grup bojowych na ukazanie potencjalnych problemów do rozwiązania w tej prowincji i zastosowanie określonych procedur działania.
- Jak ocenia Pan dzisiaj poziom naszych oficerów?
- Odkryliśmy, trochę ku naszemu miłemu zaskoczeniu, że mamy wśród naszych sojuszników wysoką markę. Wydaje mi się, że ocena ta nie wynika z kurtuazji. Przyjeżdżają do nas oficerowie z rozwiniętych państw i pytają o niektóre rozwiązania. Mówię o sytuacjach, kiedy spotykamy się z oficerami, których kontyngenty nie biorą udziału w operacji w Afganistanie. Z kolei wśród oficerów biorących udział w tej operacji mamy bardzo dobrą opinię dzięki pracowitości, rzetelności, znajomości zasad sztuki wojennej, umiejętności przezwyciężania trudności.
Co jest dorobkiem naszego wojska? Dla mnie - młody sierżant, porucznik, kapitan, którzy byli już na wojnie 2-3 razy i nie wahają się powiedzieć prawdy. Piękne jest to, kiedy mówią, "ależ generale, to można zrobić inaczej". I generał, czy to ja, czy ktoś inny, słucha tych młodych, ale jakże doświadczonych ludzi i przyjmuje ich argumenty. Pozostaje kwestią otwartą, czy zawsze mamy niezbędne siły i środki, aby spełnić oczekiwania podkomendnych. Najważniejsza jest zmiana mentalności, jaka dokonała się w ostatnich latach. Wojsko przez długi czas opierało się na paradach i ćwiczeniach pokazowych, lecz nie miało doświadczenia z pola walki. A to właśnie udział w operacjach uczy nas pokory, ujawniając słabe punkty. Wiedza, jaką zdobywamy dzisiaj uczestnicząc w operacjach NATO, jest bezcenna.
- Ostatnie lata były niezwykle owocne dla współpracy 2. Korpusu z Bractwem Kurkowym, które jest m.in. fundatorem licznych sztandarów i pomników.
- Przychodząc do Krakowa zastałem sytuację, gdy poprzednicy wykonali niezwykle dobrą pracę w ramach współdziałania z Bractwem Kurkowym. Moim zadaniem jest kontynuowanie tej współpracy. Dzięki bractwu mamy np. piękny pomnik Władysław Andersa przed siedzibą 2. KZ. Dla mnie bardzo ważne są bezpośrednie, żywe kontakty z braćmi kurkowymi. Muszę powiedzieć, że bezpośrednio doznaję od nich wsparcia, które bywa motywujące. A przecież, kiedy tu trafiłem jako człowiek spoza Krakowa, byliśmy sobie zupełnie obcymi ludźmi. Bracia mogli mnie izolować, a jednak podali mi rękę i zaproponowali różne formy współpracy. I za to jestem im wdzięczny. Kontakty z Bractwem Kurkowym odbieram także jako uznanie przez szanownych braci dla wysokiej jakości pracy żołnierzy i pracowników cywilnych 2. KZ oraz wspólnego dobra. I wzajemnie - niezwykle miło spotykać mi braci kurkowych, na co dzień ciężko pracujących przedsiębiorców, naukowców i wykładowców. Mamy wiele wspólnych przedsięwzięć, należy do nich m.in. święto 2. Korpusu Zmechanizowanego oraz towarzyszące mu brackie zawody strzeleckie. Myślę, że duży wpływ na charakter naszej współpracy ma m.in. osobowość starszego Bractwa Kurkowego Leszka Gołdy, który potrafi postępować w sposób spontaniczny, szczery i otwarty, inicjować przedsięwzięcia, które dobrze służą zarówno wojsku, jak i najstarszej w Polsce organizacji strzeleckiej.
Rozmawiał: Janusz Michalczak